Był taki czas, że krakowianie mieszkali niemalże na beczkach prochu. W mieście i wokół niego znajdowały się liczne składy amunicji, prochu i materiałów wybuchowych zgromadzonych na potrzeby Twierdzy Kraków. Wybuch z 1917 roku nie był pierwszy ani ostatni, ale na pewno najtragiczniejszy w skutkach.
Powodem gromadzenia materiałów wybuchowych były potrzeby wojskowych. Twierdza Kraków, istniejąca w latach 1850–1917, miała za zadanie bronić przepraw przez Wisłę i cesarstwa austro-węgierskiego od północy. W tym celu wojsko wybudowało w kilku pierścieniach łącznie kilkadziesiąt fortów, szańców i bastionów. Siłą twierdzy była artyleria, która wymagała dla swoich dział różnych kalibrów amunicji i ładunków miotających. Swoje potrzeby miała także piechota, która potrzebowała amunicji, granatów, pocisków moździerzowych.
Wszystkie te materiały gromadzono w miarę blisko fortów stanowiących zewnętrzny pierścień obrony, a także często transportowano ulicami miasta, czy w zasadzie miast – gdyż Podgórze stało się częścią Krakowa dopiero w 1915 roku. Gdy Kraków zaczął się rozrastać, część z wybudowanych magazynów znalazła się w jego granicach administracyjnych lub ich pobliżu. W rezultacie w sąsiedztwie beczek z prochem mieszkali, pracowali, przemieszczali się krakowianie, podgórzanie i mieszkańcy okolicznych wiosek.

Nic dziwnego, że samorządy Krakowa i Podgórza protestowały. Po wybuchu w 1909 roku w Woli Duchackiej, na południe od Podgórza, delegacje miejskie pojechały do Wiednia, gdzie na najwyższych szczeblach rządowych żądano od armii usunięcia magazynów, które znajdowały się zbyt blisko miast, wprost oskarżając wojsko „o zbrodniczą lekkomyślność”. Protestujących wysłuchali: ministrowie wojny, obrony krajowej i skarbu, premier oraz sam cesarz. Mimo to względy strategiczne wygrały – magazyny pozostały tam, gdzie były, wzmocniono jedynie zasady bezpieczeństwa.
Wielki wybuch
Magazyny amunicyjne niewątpliwie przydały się w czasie zwycięskich walk w obronie Krakowa w listopadzie i grudniu 1914 roku, jednak od maja 1915 roku, po ofensywie gorlickiej, niebezpieczeństwo dla twierdzy zmalało, a w drugiej połowie 1917 roku front wschodni był już kilkaset kilometrów od miasta.

Mimo tej odległości od działań wojennych 2 sierpnia 1917 roku o godz. 7.30 mieszkańcy Krakowa i okolic usłyszeli potworną eksplozję. Gdyby któryś z wyrwanych ze snu mieszkańców miał wątpliwość, z której strony rozległ się huk, i podszedł do swojego okna, to „olbrzymi, jak wieża Maryacka, słup czarnego dymu na wschodniej części horyzontu długi czas wskazywał wyraźnie, gdzie wybuch nastąpił”, o czym obrazowo pisała redakcja „Nowej Reformy”.
Do miasta dotarła fala uderzeniowa, która błyskawicznie pokonała 7–8 km w linii prostej dzielące miejsce wybuchu od Rynku Głównego. Podmuch wybił liczne szyby w oknach, m.in. w gmachu Akademii Umiejętności przy ul. Sławkowskiej i po drugiej stronie Rynku, w krakowskim Magistracie przy pl. Wszystkich Świętych, a także w licznych mieszkaniach i kościołach. Ucierpiały zwłaszcza okna wychodzące na wschód, a kawałki szkła spadające na chodniki poraniły dużą liczbę osób. W wielu mieszkaniach, zwłaszcza na Grzegórzkach i Podgórzu, od wstrząsu zarysowały się sufity.

Plotki powtarzane między ludźmi mówiły początkowo o tym, że nastąpił nalot lotniczy na Twierdzę Kraków i bombardowanie celów wojskowych. „Prędko!… Do piwnicy! […] – wrzasła mi nad uchem, zdzierając ze mnie kołdrę – Napad lotników nieprzyjacielskich na Kraków!” – pisał felietonista „Nowości Illustrowanych”. I żartobliwie zauważył, że wielu było takich, którzy byli pewni, że na Kraków napadła eskadra dwudziestu pięciu tysięcy amerykańskich aeroplanów.
Jednak takie żarty dobrze się pisało po czasie. W dniu katastrofy na wschód od Krakowa nastąpiła pierwsza eksplozja, potem druga, a następnie długotrwała seria słabszych już wybuchów. Nic więc dziwnego, że – jak relacjonował „Głos Narodu” – mieszkańcy okolicznych podkrakowskich wiosek myśleli, że to atak rosyjskiego lotnictwa i odgłosy walki, a w pobliżu spadały na nich „bomby aeroplanowe”. Dodatkowo w powietrzu czuć było śmierdzący dym, więc obawiano się, że nastąpił atak gazowy. „Wszystko, co żywo wybiegło z domów, by na polach szukać schronienia” – pisała gazeta.

Szczególnie mocno ucierpiało bliższe i dalsze sąsiedztwo miejsca eksplozji leżące poza ówczesnymi granicami Krakowa – we wsiach Czyżyny, Bieńczyce i Krzesławice. Podmuch wytłukł prawie wszystkie szyby, a liczne budynki straciły część lub całość dachów, zwłaszcza tych wykonanych z dachówek. Zginęło też wiele zwierząt gospodarczych. W pobliskim klasztorze w Mogile fala uderzeniowa powybijała i zniszczyła witraże oraz wyrwała okna wraz z ramami. Dodatkowo w środku kościoła, który nagle został zasypany gradem ostrych kawałków szkła oraz drewnianych futryn i ołowianych witraży, urwał się kawałek gzymsu i uszkodził drewniane barokowe stalle. Mocno ucierpiały organy. O dużym szczęściu mogą mówić zakonnicy, których eksplozja zaskoczyła podczas porannej mszy – nikt nie zginął, choć wielu z nich miało swoje białe habity poplamione krwią, gdyż nie zdążyli się skryć przed nagłym gradem szklanych odłamków.

To nie były wrogie samoloty
Prawdą było, że wybuch miał miejsce w budynkach wojskowych, ale nieprawdą, że spowodowany był przez wrogie siły. Jak się potem okazało, w powietrze wyleciał magazyn amunicji nr 16 w Mogile, a jego eksplozja i płomienie spowodowały wybuch w sąsiednim bliźniaczym magazynie nr 17. Potem zaczęły eksplodować zgromadzone pociski artyleryjskie i granaty. Oba budynki zostały doszczętnie zniszczone, a najbliższa okolica przypominała widoki z frontów po intensywnym ostrzale artyleryjskim, jakie publikowała prasa, aby pokazać cywilom, jak bardzo poświęcają się żołnierze frontowi i w jakich warunkach przyszło im walczyć.
Sam wybuch nie był jednak spowodowany żadnym wrogim działaniem, dywersją czy sabotażem. Najprawdopodobniej doszło do samozapłonu amunicji – takie przynajmniej były wnioski wojskowych – gdyż lato tego roku w Krakowie było wyjątkowo suche i upalne. „Niepamiętne upały rozgorzały pod koniec ub. miesiąca i z każdym dniem – zdaje się – przybierają na sile. […] W południowych godzinach widać na ulicach tylko nielicznych przechodniów, których interes lub obowiązek zmusza do opuszczenia murów” – pisał na początku sierpnia „Ilustrowany Kuryer Codzienny”. Parę dni po katastrofie gazeta doprecyzowywała, że temperatury dochodziły do 40 stopni Celsjusza. Mogło to spowodować nagrzanie się składowanych materiałów wybuchowych, być może pomogła jakaś przypadkowa iskra lub promień słońca rzucony przez kawałek szkła, a eksplozja pierwszego ładunku wywołała reakcję łańcuchową o potężnej mocy.

Poranne eksplozje nie zakończyły problemu. W magazynach składowano w skrzyniach między innymi granaty ręczne. Nie wszystkie z nich wybuchły na miejscu, a część z nich została rozrzucona po polach i gospodarstwach w promieniu kilku kilometrów. Wieczorem tego dnia jeden z nich eksplodował w Czyżynach – około dwóch kilometrów od pechowych magazynów – i spowodował pożar, który strawił dom mieszkalny i stodołę. Nie wiadomo, czy wybuchł sam, czy też spowodowała to czyjaś nieostrożność. Taka groźba mniejszych wybuchów przez jakiś czas była realnie obecna w sąsiedztwie Mogiły.

Mimo tego iście apokaliptycznego huku i skutków odczuwalnych na przedmieściach oraz w samym mieście, w zasadzie strona cywilna mogła mówić o dużym szczęściu. Główna siła wybuchu poszła w kierunku niezabudowanych łęgów nadwiślańskich. W polu rażenia granatami wyrzucanymi z eksplodujących magazynów znalazło się wprawdzie kilkadziesiąt wagonów z amunicją stojących na stacji kolejowej w Mogile, jednak żaden z nich nie uległ zniszczeniu.
Tak potężna eksplozja poskutkowała wizytą na miejscu katastrofy ostatniego namiestnika Galicji i Lodomerii – hrabiego gen. płk. Karla Georga Huyna, który służył zresztą wcześniej w wojsku w Twierdzy Kraków. Był dowódcą Dywizji Kawalerii Kraków, późniejszej 7. Dywizji Kawalerii stacjonującej w Twierdzy Kraków, a potem 12. Dywizji Piechoty w Krakowie, w której skład wchodziły pułki złożone z polskich poborowych.
Zabici i protestujący, czyli pokłosie eksplozji
Wśród cywilów ofiar praktycznie nie było. Wiadomo o jednym rannym w jednej z podkrakowskich wówczas wsi – Pleszowie. Zginęło natomiast aż 47 żołnierzy, a 8 kolejnych zostało rannych. Ucierpiał głównie personel z pułku artylerii fortecznej oraz żołnierze służący jako obsada magazynów.
Szczątki, w większości porozrywane eksplozją, pochowano w zbiorowym grobie na cmentarzu w Mogile. Przerażenie obecnych wzbudził fakt, że zmieściły się one do zaledwie siedmiu trumien. W pogrzebie uczestniczył komendant twierdzy, gen. Guseck von Glankirchen, delegacje wszystkich jednostek stacjonujących w Twierdzy Kraków oraz rodziny poległych i wielu mieszkańców Krakowa. Nabożeństwo odprawiali wspólnie ksiądz katolicki, pop grekokatolicki i pastor protestancki.
Przypuszczalnie to cenzura wojskowa spowodowała, że o tej najtragiczniejszej z eksplozji, które miały miejsce w krakowskiej twierdzy, nie było aż tak wielu doniesień w ówczesnej prasie, jak po poprzedniej eksplozji z 1909 roku. Samo zdarzenie nastąpiło prawie dokładnie w trzecią rocznicę wybuchu wojny, więc udział licznej grupy mieszkańców Krakowa w pogrzebie ofiar mógł też być symboliczną manifestacją antywojenną.

Po wybuchu w Mogile w wiedeńskim parlamencie pojawiły się po raz kolejny interpelacje polskich posłów żądających ukarania winnych zaniedbań, likwidację prochowni i magazynów z amunicją w mieście i jego sąsiedztwie, a także wypłatę odszkodowań pokrzywdzonym. Jednak ten problem dla Krakowa i groźba dla mieszkańców zostały usunięte dopiero przez władze niepodległej Rzeczypospolitej. Potrzebna była do tego jeszcze jedna eksplozja, która nastąpiła w 1926 roku.
Bibliografia
- Andrzej Chwalba, Festung Krakau. Kraków w cieniu twierdzy. O królewskim mieście pod austriacką kroplówką (1850-1914), Wydawnictwo Literackie, Kraków 2022.
- Henryk Łukasik, Twierdza Kraków, t. 4, Wokół krakowskiej twierdzy. Epizody, bohaterowie, ślady bitwy o Kraków 1914, Arkadiusz Wingert, Międzyzdroje–Kraków 2009.
- „Głos Narodu”, „Ilustrowany Kuryer Codzienny”, „Nowa Reforma”, „Nowości Illustrowane” z sierpnia 1917 r.













