Najbardziej znanymi polskimi akrobatami lotniczymi była grupa zwana „Trójką Bajana” z 2. Pułku Lotniczego w Krakowie-Rakowicach. Do dzisiaj krążą o nich legendy, np. że latali ze skrzydłami powiązanymi sznurkami. Trójka ta miała swoją renomę, ale i konkurencję, o której dziś mało kto pamięta.

Publiczność międzywojenna łaknęła podniebnych widowisk. Przed I wojną światową wystarczało pokazanie aeroplanu na polu wzlotów czy start i przelot na małej wysokości, czasem wyścigi powoli lecących mechanicznych „pterodaktyli”.

Polskie lotnictwo i przemysł lotniczy były ważnym elementem propagandy II Rzeczpospolitej

Dwie dekady później to już nie wystarczało. Ludzie widzieli samoloty na niebie, byli nakarmieni państwową propagandą o bohaterskich wyczynach asów lotniczych w czasie wojny, czytali o lotnikach i ich najnowszych rekordach w prasie, powieściach, a i władze państwowe chciały się pochwalić sukcesami w najnowocześniejszym i najbardziej prestiżowym przemyśle, jaki wówczas istniał.

Potrzebne były nowe pokazy, które zgromadzą wielu ludzi, dadzą im rozrywkę, a przy okazji utwierdzą ich w przekonaniu o sile obrońców własnego nieba i potędze przemysłu, który za nimi stoi. Cóż mogło przyciągać lepiej niż podniebny taniec samolotów, najlepiej odbywający się na tyle nisko, by można było wszystko dokładnie zobaczyć? Krakowski lotnik myśliwski Stefan Łaszkiewicz wspominał:

Gdy przychodziły święta narodowe i pułkowe, tygodnie Ligi Obrony Powietrznej Państwa i dni lotnictwa, trójki pokazowe robiły cyrk dla gawiedzi. Po pokazach żaden z pilotów nie siedział w areszcie za pogwałcenie minimalnej wysokości, bo trzeba było robić wrażenie na widzach. Błysk skrzydła nad głowami, huk silnika jak grzmot pioruna, głowa pilota w jednej chwili o rzut kamieniem, w drugiej gdzieś pod słońcem – to działało. Ludziska płacili za widowisko, więc widowisko być musiało.

Widowisko było bardziej atrakcyjne, gdy brało w nim udział więcej maszyn. Inny lotnik myśliwski, również stacjonujący w Krakowie, Janusz Meissner, tak wspominał swoje loty:

Cywilnym obywatelom, którzy przyglądają się z ziemi, aż dech zapiera od widoku pętli, beczek, korkociągów i innym „immerglücków” wykonywanych na poziomie wierzchołków drzew przez trójkę lub piątkę upartych wariatów, przybyłych z pokazem zorganizowanym przez Ligę Obrony Powietrznej w jakimś miasteczku.

Pokpiwamy sobie ze statecznych burmistrzów, prezesów, starostów i zwykłych miejskich łyków, którzy nas podziwiają, ale – mówiąc szczerze – mnie czasem też dech zapiera, kiedy odwracam nerwową Balillę [samolot myśliwski Ansaldo A-1 Balilla – dop. autora] w ciętym, szybkim immelmanie piętnaście metrów nad ziemią, mając o dwa metry przed sobą skrzydło, a na prawo albo na lewo kadłub i stery sąsiedniej maszyny.

Albo kiedy w ślad za prowadzącym klucz lecę jak pocisk w niebo, aby tuż za nim runąć w dół korkociągiem, wiedząc, że tuż za mną wali się jeszcze jeden, i że w ułamku sekundy będę musiał wyrównać stery, szarpnąć gazem i wyprysnąć w bok, dokładnie pod kątem 120 stopni, żeby to wyglądało jak w balecie.

Ziemia wiruje, zbliża się, pędzi nam na spotkanie, gwałtownie nabiera tchu w piersi, rośnie, olbrzymieje i – już! – jak strzała z łuku, i w górę, na pełnym gazie! Jękną stalowe ścięgna między skrzydłami, pęd wichru uderzy w tłum ludzi, horyzont skoczy w dół na łeb, na szyję, słońce zajrzy w oczy – kopnąć ster, zamknąć gaz, przewinąć się w przewrocie w sam czas, aby wyminąć prawego z trójki i ciasno wpasować Balillę na jego poprzednie miejsce w kluczu za prowadzącym, który w tej samej chwili wychodzi z zawrotu. No – udało się!

Samolot Ansaldo A-1 Balilla w Museo Storico di Bergamo (fot. Giorces, CC BY 2.5)

Ćwiczenia, a nie łut szczęścia

Na szczęście w tych akrobacjach o powodzeniu nie decydowało owo wspomniane przez Meissnera „udało się”, czy powtarzający się łut szczęścia, tylko umiejętności i trening. Jak pisał Janusz Meissner: „To się nie ma udawać – mówi Kossowski. – To ma wychodzić – nu, prosto awtomatycznie!”.

Płk. Jerzy Kossowski w czasie wizyty polskich lotników w Stanach Zjednoczonych, wrzesień 1932 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/1/0/7/1833/2)

To właśnie płk pil. Jerzy Kossowski stworzył podwaliny pod zespoły polskich myśliwskich akrobatów powietrznych, którzy potem zachwycali publiczność swoimi podniebnymi popisami. Jerzy Kossowski był doświadczonym lotnikiem służącym jeszcze w lotnictwie carskim, potem w lotnictwie polskim sformowanym we Francji, aż został dowódcą 11. Pułku Lotniczego w Lidzie. W tym prowincjonalnym obecnie białoruskim mieście na pograniczu z Litwą stworzono pod jego okiem szkołę znakomitych lotników myśliwskich.

Kursy pilotażu, umiejętności myśliwskich, w tym i akrobacji, prowadzili znakomici instruktorzy – m.in. porucznicy piloci Kazimierz Kuzian, Bolesław Orliński, Leopold Pamuła, Stanisław Szczekowski, Edward Leon Więckowski i chor. pil. Jan Bolesław Szurlej. Obecnie wiele z tych nazwisk niewiele mówi większości Czytelników, ale w latach dwudziestych były one znane wśród lotników oraz miłośników lotnictwa. Bolesław Orliński stał się sławny po udanym przelocie wraz z mechanikiem Leonardem Kubiakiem z Warszawy do Tokio i z powrotem, inni odnosili sukcesy w zawodach lotniczych. W Lidzie pod ich okiem uczyli się m.in. tacy znani w przyszłości lotnicy jak Jerzy Bajan czy Mieczysław Mümmler.

Akrobacje w Lidzie ustały, gdy w 1927 roku władze odeszły od tzw. specjalistycznych pułków lotniczych i nakazały tworzyć tzw. pułki mieszane, które składały się z dywizjonów i eskadr różnego przeznaczenia. Pułk myśliwski w Lidzie został zatem rozwiązany, a pod koniec 1928 roku jego oddziały bojowe trafiły do Krakowa do 2. Pułku Lotniczego, gdzie zostały oznaczone jako 121. i 122. Eskadry Myśliwskie. Do Lidy powędrowały dwie eskadry liniowe.

Akrobaci z Grodu Kraka

Pod Wawelem zadomowili się znakomici polscy piloci myśliwcy. Pokazywali swój kunszt, choć popisy akrobacyjne były obciążone ryzykiem z powodu niedoskonałości maszyn, którymi latali. Podczas wychodzenia z ostrego nurkowania lub przy beczce samolotom typu SPAD S-61C zdarzało się, że urywały się im górne płaty, a myśliwiec wchodził w korkociąg. Mimo że piloci dysponowali już spadochronami, wielu z nich nie było w stanie wydostać się z kabiny podczas śmiertelnych zwitek okaleczonej maszyny. W latach ich użytkowania od 1925 do 1932 roku w wypadkach na samolotach typu SPAD S-51C1 i S-61C1 w różnych polskich jednostkach zginęło aż 35 polskich lotników.

Rajd lotniczy Małej Ententy i Polski – postój na lotnisku w Rakowicach. Płk pil. Jerzy Kossowski wysiada z samolotu Spad 61, wrzesień 1929 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/1/0/5/1272/16)

W 1931 roku bezpieczeństwo uległo poprawie. Myśliwcy w Krakowie zostali przezbrojeni w samoloty PWS-A, czyli Avie BH-33 budowane na czechosłowackiej licencji w Białej Podlaskiej, które nie traciły już skrzydeł podczas podniebnych ewolucji. Wówczas też w Krakowie powstał zespół akrobacyjny pod dowództwem por. pil. Jerzego Bajana. Oprócz dowódcy w jego skład wchodzili ppor. pil. Kazimierz Kosiński i kpr pil. Stanisław Macek ze 122. Eskadry Myśliwskiej.

Trzyosobowy zespół ćwiczył, aby pokazywać swój kunszt zespołowo i razem wykonywać figury akrobacyjne. Jednym z pomysłów na uatrakcyjnienie pokazów było powiązanie skrzydeł samolotów 10-metrowymi odcinkami szpagatu, często z chorągiewkami w biało-czerwonych barwach, a następnie wykonanie startu, programu akrobacji i lądowania w taki sposób, aby sznurki – mimo różnych działań w powietrzu – pozostały nierozerwane.

Gen. Józef Zając z pilotami trójki Bajana. Od lewej: por. Bronisław Kosiński, gen. Józef Zając, kpr. Karol Pniak, kpr. Stanisław Macek. Tydzień Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej w Katowicach, maj 1933 r. (fot. Czesław Datka, ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/1/0/7/2737/5)

Trójka Bajana znalazła godną rywalkę, drugą trójkę z siostrzanej 121. Eskadry Myśliwskiej, którą dowodził por. pil. obs. Stefan Łaszkiewicz, a latali w niej: ppor. pil. Jan Pentz i kpr pil. Leopold Flanek. Por. Łaszkiewicz wspominał:

Wspólnymi siłami stworzyliśmy trójkę, w której trzy samoloty latały tak jak jeden. Start i lądowanie kluczem było naszym chlebem codziennym. Spróbowaliśmy to samo, mając skrzydła połączone szpagatem. Udało się. Skróciliśmy szpagat do 10 metrów. Kilka razy się porwał. W końcu przestał się rwać. […] Na jakimś pokazie wystartowaliśmy ze skrzydłami połączonymi sznurkiem. Po pętli przedefilowaliśmy przed publicznością pokazujące sznurki nienaruszone. Lądowaliśmy z wirażu. Sznurki całe.

Krakowskie trójki akrobacyjne w kolejnych latach zmieniały swoją obsadę personalną, latało w nich więcej lotników (m.in. kpr pil. Karol Pniak, czy por. pil. Mieczysław Medwecki), którzy wymieniali się na pokazach, a ich celem było ćwiczenie w kunszcie walki powietrznej, w której akrobacje mogły być istotnym elementem. Krakowska szkoła akrobacji myśliwskiej, wywodząca się z Lidy, stała się słynna w całej Polsce. Podobnie jak lotnicy prezentujący swoje umiejętności.

Grupa osób obserwuje ewolucje kpt. Bolesława Orlińskiego. Obok widoczne samoloty PWS ze 121 eskadry myśliwskiej 2 pułku lotniczego. Pokazy lotnicze w Katowicach, październik 1931 r. (ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/1/0/7/1643/5)

Indywidualną sławę zdobył także Jerzy Bajan, który w 1934 roku wraz z sierż. Gustawem Pokrzywką powtórzył triumf por. pil. Franciszka Żwirki i inż. Stanisława Wigury, wygrywając Międzynarodowe Zawody Samolotów Turystycznych Challenge 1934, co sprawiło, że został jednym z najpopularniejszych polskich lotników. W przeciwieństwie do niego postać Stefana Łaszkiewicza jest w zasadzie zapomniana. Różnie też potoczyły się losy lotników akrobatów z Krakowa-Rakowic.

Jerzy Bajan (siedzi na samochodzie 1. z lewej) i mechanik Gustaw Pokrzywka (siedzi na samochodzie 1. z prawej) przejeżdżają w odkrytym samochodzie wzdłuż trybun witani owacyjnie przez publiczność po zwycięstwie w Międzynarodowych Zawodach Samolotów Turystycznych Challenge 1934, wrzesień 1934 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/1/0/5/1262/51)

Co widzieli lotnicy, a co – publiczność

Współcześnie podczas lotniczych pikników, mityngów i pokazów wciąż można zobaczyć akrobacje indywidualne lub zespołowe, choć ze względów bezpieczeństwa przeprowadzane są dalej od widowni i na większych wysokościach. Główny cel jest w zasadzie ten sam, co przed wojną – lotnicy wciąż pokazują swój kunszt pilotażu i koordynację w zespole. Latają na różnych maszynach, w tym na bojowych odrzutowcach lub śmigłowcach. Aby zapewnić większą widowiskowość, malują jaskrawo swoje maszyny, używają dymu w różnych kolorach, latają w rytm muzyki. O wykonywanych w powietrzu ewolucjach prowadzący pokazy informują publiczność przez głośniki, aby laicy mieli możliwość poznania prezentowanych nad ich głowami figur, skali ich trudności oraz sił oddziałujących na pilotów w kabinach.

Samoloty Breguet XIX na lotnisku, nad którym akrobacje wykonują piloci trójki Bajana w myśliwcach PWS-A, Tydzień Ligi Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej w Katowicach, maj 1933 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/1/0/7/2737/3)

Niestety, co jakiś czas – tak jak przed wojną w czasach trójek Bajana i Łaszkiewicza – zdarzają się błędy lub awarie, za które lotnicy płacą życiem. Nie ma już natomiast pokazów grupowych, w których skrzydła maszyn połączone są sznurkami. Może to i dobrze, bo lotnicy ryzykowali życiem, a nie wszyscy doceniali ich umiejętności, a czasem postawę taką przyjmowali nawet ich koledzy po fachu. Np. po jednym z pokazów w Krakowie obecny tam czeski lotnik po wylądowaniu akrobatów z Rakowic podszedł z gratulacjami do Łaszkiewicza.

– Pięknie, bardzo pięknie wyście se polatali. My też robimy w Czechach takie sztuczki dla publiki. Ten, co się patrzy do góry, nie wie, że to się rozciąga.
Osłupiałem. – Co się rozciąga?
– Ano te sznurki z gumy.
Nie mógł uwierzyć, że my to robimy uczciwie.

Józef Piłsudski w otoczeniu ministrów obserwuje pokazy lotnicze w Warszawie zorganizowane w ramach obchodów święta 11 listopada, 1929 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/22/0/-/260/7)

Podobnie bywało w przypadku obserwujących te przygotowane i wytrenowane w wielu lotach akrobacje. Jak wspominał Stefan Łaszkiewicz:

Pokaz ten, będący dla fachowców arcydziełem, publiczność, jak mi powiedziano, interpretowała inaczej.
– Tato, czemu oni się powiązali?
– Ty głupi. Przecież sznurki trzymają ich do kupy.

W sumie nic dziwnego, że sznurki z czasem zniknęły z pokazów, ale dobrze, że pozostała po nich legenda.

Widzowie pokazów lotniczych w Krakowie, czerwiec 1933 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/1/0/14/1289/17)

Bibliografia

  • 1918–2018. 100 lat polskiego lotnictwa, red. Krzysztof Radwan, Krzysztof Mroczkowski , seria Acta Aeronautica, Muzeum Lotnictwa Polskiego, Kraków 2018.
  • Stefan Łaszkiewicz, Od Cambrai po Coventry, Wyd. MON, Warszawa 1982
  • Łukasz Łydżba, Krakowski III/2 Dywizjon Myśliwski, Vesper, Poznań 2012.
  • Janusz Meissner, Wiatr w podeszwach, Iskry, Warszawa 1971.
  • Tomasz Mikuła, Trójka krakowska, [w:] XIV Małopolski Piknik Lotniczy 2018.
  • Jerzy Pawlak, 11 Pułk Myśliwski. Lida 1925–1928, nakł. autora, Warszawa 2012.
  • Adam Popiel, Wypadki śmiertelne w lotnictwie polskim 1918–1939, Pandora, Chmielów 2014.
  • Józef Zieliński, Air Show: Tradycja i współczesność, Fundacja „Historia i Kultura”–Bellona, Warszawa 2011.
Mateusz Drożdż
Mateusz Drożdż – ekonomista z wykształcenia, urzędnik samorządowy z zawodu, radny jednej z krakowskich dzielnic. Autor dwóch książek, współautor czterech innych, a także sześciu artykułów naukowych oraz kilkuset publikacji prasowych o tematyce historycznej. Współpracował m.in. z „Gazetą Krakowską”, „Dziennikiem Polskim”, miesięcznikiem społeczno-kulturalnym „Kraków”, miesięcznikiem „Nasza Historia” oraz z portalem „Ciekawostki Historyczne”. W opisywane przez siebie podróże w czasie najchętniej udaje się w burzliwe dzieje XX wieku, towarzysząc lotnikom, a także przyglądając się życiu Krakowa i jego mieszkańców w trakcie różnych stuleci.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

pięć × jeden =