Banałem jest stwierdzenie, że piłka nożna to sport budzący ogromne emocje. Czasem przegrana reprezentacji staje się narodową tragedią. Jednak dla mieszkańców Mezoameryki gra w piłkę była czymś zdecydowanie bardziej poważnym. Boisko stanowiło wrota do zaświatów, a przegranym często groziła śmierć.

Całą opowieść należy rozpocząć od opisu gry w piłkę nazywanej w języku nahuatl tlachtli. Już samo to nastręcza jednak pewnych problemów, ponieważ rozgrywki, bardzo istotne przed przybyciem Hiszpanów, były po podboju Meksyku intensywnie zwalczane jako kojarzące się z pogaństwem. Nie istniała też żadna „liga” czy „federacja”, ustalająca reguły gry czy wymiary boisk, więc mogły występować lokalne różnice między zasadami stosowanymi w poszczególnych miastach. Można jednak wskazać sporo podobieństw między nimi.

Wembley Azteków

Boiska miały kształt litery I, najczęściej ze wszystkich stron były otoczone ukośnymi ścianami, na których zawieszano pionowe okrągłe pierścienie. Długość pola gry wahała się od kilkunastu do nawet ponad stu metrów, różna była również relacja długości do szerokości. Wielkość i okazałość boiska (tak samo jak innych budowli ceremonialnych) świadczyła o bogactwie i potędze danego ośrodka. Na ogół bardziej zamożne miasta posiadały do trzech tego rodzaju obiektów, a ich biedniejsi sąsiedzi tylko jeden lub nawet żadnego. Istnieją jednak zaskakujące wyjątki, takie jak Cantona, leżące współcześnie w meksykańskim stanie Puebla, gdzie wybudowano aż 24 stadiony do gry w piłkę. Po co i dlaczego? Nie wiadomo.

Boisko do gry w piłkę w Monte Albán w dzisiejszym stanie Oaxaca (fot. Bobak Ha’Eri, CC BY 2.5)

Gra toczyła się najczęściej pomiędzy dwoma drużynami, choć źródła opisują także przypadki gry jeden na jeden. Każdy z zespołów liczył od dwóch do czterech graczy. Na ziemiach Majów, w okresie klasycznym (250–900 r. n.e.) grano piłką mierzącą pomiędzy 30 a 50 cm średnicy, wykonaną z kauczuku i ważącą nawet około 3 kg. Co ciekawe, w prekolumbijskiej sztuce niekiedy przedstawia się piłkę jako czaszkę otoczoną warstwą kauczuku. W związku z tym istnieje trudna do zweryfikowania, za to bardzo interesująca i nieco makabryczna hipoteza, że piłki rzeczywiście wykonywano z ludzkich czaszek oklejonych kauczukiem.

Zawodnicy mogli odbijać piłkę tylko biodrami lub udami, a ze względu na spore ryzyko uszkodzenia ciała nosili ochraniacze ze skóry jelenia. Wypadki jednak i tak się zdarzały, bywało, że pechowe uderzenie piłką w głowę zabijało uczestnika gry. Często też gracze byli tak posiniaczeni, że zachodziła konieczność nacinania krwiaków. Nieco inaczej wyglądały rozgrywki w Teotihuacán. Tam piłki były mniejsze, o średnicy zaledwie 10 cm, a czasem używano także kijów przypominające te do hokeja.

Otwarte pozostaje pytanie, jakie dokładnie były zasady zdobywania punktów. Wspomniane wcześniej obręcze, przymocowane do bocznych ścian boiska, były montowane zbyt wysoko i prawdopodobnie przerzucenie przez nie piłki stanowiło sytuację zupełnie wyjątkową, która natychmiast rozstrzygała losy meczu. Graczy, którym udało się dokonać tej sztuki, uznawano za szczęśliwców cieszących się łaską bogów.

Pierścień do przerzucania piłki na boisku w majańskim mieście Chichén Itzá na Jukatanie (fot. Kåre Thor Olsen, CC BY-SA 2.5)

W zwykłych okolicznościach o losach spotkania decydowały punkty zdobywane, gdy piłka uderzyła końcową ścianę boiska przeciwnika, została przerzucona nad nią, wyszła „na aut” lub zawodnik dotknął piłki niedozwoloną częścią ciała. Wydaje się niemożliwe, by gracze byli w stanie opanować trzykilogramową piłkę, odbijając ją jedynie biodrami i udami, jednak kronikarz Diego Duran pisze, że zawodnicy byli tak zręczni, że nawet przez godzinę piłka nie dotykała ziemi.

Gra budziła wielkie emocje wśród kibiców. Przywołany już kronikarz w ten sposób opisuje hazardzistów obstawiających wyniki:

Ci nieszczęśnicy grali za stawki o niewielkiej wartości, a ponieważ żebrak szybko traci, to co ma, byli zmuszeni postawić swoje domy, swoje pola, swoje spichlerze kukurydzy, swoje krzewy agawy. Sprzedawali swoje dzieci, by obstawiać, a nawet stawiali samych siebie i zostawali niewolnikami.

Mezoamerykańska gra w piłkę na rysunku Christopha Weiditza, 1530–1540 r. (il. ze zbiorów Germanisches Nationalmuseum, Bibliothek, sygn. Hs 22474)

Boiska drogą do zaświatów

Jednak gra w piłkę oprócz aspektu czysto rozrywkowego, jeśli można tak nazwać związany z nią hazard, miała także ważny wymiar symboliczny. Po pierwsze, boiska były szczególnymi miejscami, stanowiły bowiem bramę do zaświatów. Z tego przejścia korzystali czasem władcy ludów zamieszkujących Mezoamerykę, jeśli polityka nie szła do końca po ich myśli. Czy raczej – by być bardziej precyzyjnym – gdy stawali w obliczu ostatecznej klęski.

Stela przedstawiająca złożonego w ofierze gracza w piłkę z odciętą głową, obecnie w zbiorach Museo de Antropología de Xalapa (fot. Maurice Marcellin)

Jako jeden z przykładów takiego zachowania można podać Chimalpopocę panującego w Tenochtitlán w latach 1417–1427. W tym czasie nie było ono jeszcze stolicą ogromnego imperium, ale średniej wielkości miastem, jednym spośród wielu leżących w gęsto zaludnionej Dolinie Meksyku. Chimalpopoca, pechowo dla siebie, w trakcie kryzysu politycznego w dominującym wówczas mieście Azcapotzalco poparł niewłaściwą stronę. Maxtla, bo tak nazywał się nowy władca miasta-hegemona, postanowił zemścić się na swoim wasalu. Ów, wiedząc, że nie może uciec, postanowił popełnić rytualne samobójstwo właśnie na boisku do gry w piłkę.

Oczywiście nie chodziło tutaj tylko o odebranie sobie życia i ucieczkę przed ewentualnymi torturami i hańbą związaną z niewolą. Dzięki specjalnemu rytuałowi, ubraniu się w insygnia boga Huitzilopochtli i udziałowi kapłanów, władca mógł liczyć, że w zaświatach trafi do naprawdę dobrego miejsca, czyli Cinalco – krainy obfitości. Nigdy jednak nie dowiemy się, czy zamiar Chimalpopoki się powiódł, ponieważ został on udaremniony przez wysłanników Maxtli.

Co interesujące, rok później tę samą drogę wybrał Maxtla, kiedy po klęsce w wojnie z Trójprzymierzem Tenochtitlán, Tlacopán i Texcoco, był pewien, że najlepsze, co może go czekać, to śmierć na kamieniu ofiarnym. Wedle większości źródeł ta próba rytualnego samobójstwa była już udana.

Podobnie próbował postąpić Motecuhzoma II, kiedy do Tenochtitlán zaczęły docierać wieści, że dziwne istoty, które wylądowały na wschodnim wybrzeżu imperium, są nim w jakiś szczególny sposób zainteresowane. Został jednak odwiedziony od swojego zamiaru i stał się w rezultacie świadkiem hiszpańskiej konkwisty.

Mecz jak wojna

Również dla Majów gra w piłkę była czymś więcej niż tylko rozrywką. W okresie klasycznym, kiedy liczne miasta-państwa bezustannie toczyły ze sobą wojny, zawierały i łamały sojusze, mecze służyły podkreśleniu zwycięstwa nad wrogiem. Jeńcy byli zmuszani do gry ze zwycięzcami, a następnie byli składani w ofierze. Otwarte pozostaje pytanie, czy rozgrywki były w jakiś sposób „ustawiane”. Jeśli nie, to co działo się w przypadku, gdy silnie zdeterminowani jeńcy jednak wygrali? Tego też nie wiemy.

Zawodnicy współcześnie odtwarzający mezoamerykańską grę w piłkę (fot. Sputnik, CC BY-SA 2.5)

Zdarzało się również, że gra stanowiła nie podkreślenie wyniku już rozstrzygniętego starcia, a wróżbę dotyczącą losów wojny, która dopiero miała się wydarzyć. Czasem była także sposobem na rozwiązanie konfliktu wewnątrz arystokracji. Z taką sytuacją mieliśmy czynienia w przypadku gry pomiędzy władcą imperialnego Tenochtitlán – Axayácatlem – i jego wasalem z miasta Xochimilco, Xihuitltemokiem. Ten ostatni miał nie przybyć z pomocą suwerenowi w trakcie wojny. Aby rozstrzygnąć konflikt i ukarać wiarołomnego poddanego, rozegrano mecz. Stawka była znacząca, ponieważ Axayácatl postawił dochody z bieżącego roku, a Xihuitltemoc swoje miasto.

Wasal okazał się lepszym zawodnikiem i wygrał spotkanie, jednak nie chciał przyjąć wygranej, prawdopodobnie przewidując rozwój wypadków. Axayácatl nakazał bowiem zabić zwycięzcę, by nie musieć wypłacać wygranej. Choć zachowanie władcy Azteków wydaje się zdecydowanie wbrew regułom fair play, to jednak trzeba mieć na uwadze, że tego rodzaju gra była swego rodzaju rytuałem, który zastępował zwykłą wojnę. Xihuitltemoc powinien więc w tej sytuacji przegrać.

Zawodnik gry w piłkę na malowidle ściennym w pałacu Tepantitla w Teotihuacán (fot. Daniel Lobo, CC BY 2.0)

Bogowie też grali w piłkę

W piłkę grywali także bogowie i herosi. Szczególnie dramatyczne były losy Huemaca, ostatniego władcy mitycznego Tollan, które dla rdzennych mieszkańców Mezoameryki z XV i XVI wieku było uosobieniem miasta idealnego, w którym panował porządek, szczęście i dobrobyt. Niestety, za rządów Huemaca miasto cierpiało z powodu klęsk żywiołowych. By odwrócić zły los, postanowił on zmierzyć się na boisku, z Tlalocami, bóstwami deszczu. Jako stawkę w grze zaproponował jadeit i pióra kwezala, a bogowie przystali na warunki władcy, zapewniając, że w razie przegranej dadzą swój jadeit i swoje pióra kwezala.

Huemac wygrał, a kiedy zażądał nagrody, dostał kolby i liście kukurydzy. Nie chciał ich jednak przyjąć, Tlalocowie dali mu więc prawdziwy jadeit i pióra, jednak zabrali kukurydzę. Przez następne cztery lata mieszkańców Tollan nękały kolejne nieszczęścia. Najpierw śnieg, potem susza, która zniszczyła plony, przez co zapanował głód. Dopiero po tym czasie bogowie deszczu pojawili się ponownie. W zamian za powrót urodzaju zażądali jednak ofiary z córki przywódcy Mexików, którzy wędrowali wówczas w poszukiwaniu miejsca do osiedlenia. Ofiara została złożona, deszcze wróciły, ale Tollan nigdy nie odzyskało dawnej świetności.

Pióra z ogona samca kwezala (takiej jak na zdjęciu), były niezwykle cenione w prekolumbijskiej Mezoameryce (fot. Murray Foubister, CC BY-SA 2.0)

Gra w piłkę dzisiaj

Gracz w ulamę w stanie Sinaloa (fot. Manuel Aguilar, CC BY 2.5)

Po podboju Meksyku przez Hiszpanów gra w piłkę straciła swój rytualny charakter i niemal zanikła. Głównym powodem było to, że kolonialne władze rozumiały jej religijne znaczenie, zakazały jej i surowo karały łamanie tego prawa. Jednak w niektórych częściach Meksyku przetrwały rozgrywki nawiązujące do prekolumbijskich zawodów. W stanach Michoacán i Guerrero znana jest odmiana gry z użyciem kijów. Czasem – zwłaszcza w nocy – piłka bywa podpalana, co wygląda szczególnie efektownie.

Rozgrywki zbliżone do tych sprzed konkwisty pochodzą także ze stanu Sinaloa i noszą nazwę ulama. Występuje kilka odmian tej gry, z których ulama de cadera (ulama biodrowa) najbardziej przypomina prekolumbijskie rytuały. Oczywiście boiska nie są już imponującymi kamiennymi budowlami, a zamiast tego gracze malują linie na ziemi. Jednak w dalszym ciągu mecze rozgrywane są w dni świąteczne, a zawodnicy używają ochraniaczy na biodra i uda.

Trudno powiedzieć, jaka przyszłość czeka ulamę, ponieważ liczbę aktywnych graczy szacuje się na zaledwie kilkadziesiąt osób. Problem stanowi także wykonanie piłek w tradycyjnych sposób, z naturalnych materiałów, które obecnie trudno pozyskać. Pewną nadzieję daje fakt, że część graczy znalazła zatrudnienie na obleganym przez turystów Jukatanie, gdzie organizują pokazowe rozgrywki. Trzymajmy kciuki za ulamę, szkoda byłoby, gdyby tak stara tradycja umarła.

Bibliografia

  • Justyna Olko, Meksyk przed konkwistą, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010.
  • Michael E. Smith, The Aztecs, Blackwell Publishers, Malden, Oxford 2002.
  • David Carrasco, Daily life of the Aztecs: people of the sun and earth, The Greenwood Press, Westport 1998
  • Manuel Aguilar-Moreno, Ulama: pasado, presente y futuro del juego de pelota mesoamericano, „Anales de Antropología”, Vol. 49, № 1, 2015, s. 73–112.

Skomentuj. Jesteśmy ciekawi Twojej opinii!