Konstanty Podhorski należał do bogatych przedsiębiorców przełomu XIX i XX wieku. Zawdzięczał to raczej nie sprawnie prowadzonym interesom, tylko odziedziczonemu po przodkach majątkowi. W odróżnieniu od wielu innych przedstawicieli arystokracji z ziem dawnej Rzeczypospolitej w poszukiwaniu nowych źródeł dochodu był w stanie porzucić swoje dotychczasowe życie i wyruszyć w świat.
Zbierając materiały do mojej książki o polskich poszukiwaczach złota (Poznań 2019), żałowałem, że nie udało mi się znaleźć zbyt wielu informacji na temat ich działalności na Alasce, gdzie miały miejsce jedne z najsłynniejszych gorączek złota w historii. Dopiero kilka lat później kolega zwrócił moją uwagę na wspomnienia mało obecnie znanego Konstantego Podhorskiego, poszukującego właśnie w tamtym regionie żółtego kruszcu na przełomie XIX i XX wieku. Wydaje mi się, że historia ta – z różnych względów – warta jest przytoczenia.
Konstanty Mateusz Podhorski urodził się 3 października 1859 roku w Mikołajówce w powiecie kaniowskim guberni kijowskiej należącej do Imperium Rosyjskiego (obecnie jest to terytorium niepodległej Ukrainy). Jego rodzina wywodziła się od ruskich kniaziów, którzy w XVI wieku przybyli z Wielkiego Księstwa Moskiewskiego do Rzeczypospolitej i uzyskali dobra na Wołyniu. W kolejnych latach Podhorscy przeszli z Kościoła prawosławnego do unickiego, a następnie zostali katolikami.
Rodzicami Podhorskiego byli dalecy krewni (co w przypadku arystokracji nie było niezwykłym faktem), którzy pobrali się w 1858 roku: Oktawian Jan Udalryk (1817-1890), właściciel wspomnianej Mikołajówki, i Ludwika z domu Skorupka-Padlewska (1840? – po 1912). Oprócz Konstantego mieli jedno, młodsze dziecko – Zofię.
Znudzony genealog

Od młodości ulubionym przedmiotem Konstantego była historia, szczególnie Polski, Rosji i Rusi. Dzieje tych ziem musiał jednak poznawać we własnym zakresie, ponieważ w niemieckich szkołach, do których uczęszczał, nie uczono ich. Edukacja z dala od rodzinnych ziem przyzwyczaiła go za to do częstych podróży, jak można przeczytać w jego wspomnieniach pt. Po obu stronach Cieśniny Beringa:
Będąc w szkołach w Niemczech od najmłodszych lat do ukończenia tychże, następnie trzy czwarte życia prawie przepodróżowawszy po najrozmaitszych krajach europejskich, przywykłem być za krajem i domem, i dlatego zapewne, chociaż myśl moja często wędrowała do rodzinnych kątów, rzadko podlegałem chorobie, którą Anglik zowie home-sickness, a Francuz – le mal du pays, a co nie przeszkadzało, że po dłuższej niebytności zawsze z przyjemnością wracałem do kraju.
W odziedziczonej po ojcu Mikołajówce Podhorski założył archiwum rodzinne, do którego zbierał materiały od różnych osób, także spoza własnego rodu. Najstarsze znajdujące się tam dokumenty pochodziły z XVI wieku. Efekty jego prac posłużyły do napisania hasła o Podhorskich w Złotej księdze szlachty polskiej Teodora Żychlińskiego (r. 14, Poznań 1892), gdzie domniemuje się ich pochodzenie od Rurykowiczów. Zainteresowania Konstantego zaowocowały także jego własną pracą na temat rodzinnej genealogii, jednak jej oryginał uległ zniszczeniu w Warszawie podczas II wojny światowej (wykonany w okresie międzywojennym odpis znajduje się obecnie w zbiorach prywatnych).
27 sierpnia 1889 roku Konstanty poślubił Klementynę z Duninów-Karwickich (ok. 1876–1944), córkę Franciszka i Natalii z Frankowskich, późniejszą mecenaskę kultury i filantropkę w Kijowie, a następnie w Warszawie. Małżeństwo zostało anulowane w 1900 roku. Oboje nigdy nie mieli dzieci, także z innych związków. W 1903 roku Klementyna wyszła za hrabiego Cezarego Kazimierza Stadnickiego.
W 1899 roku Podhorski zamieszkał w Paryżu, gdzie przez kilka miesięcy korzystał z uciech życia. W końcu znużyło go jednak chodzenie do teatrów, kawiarni i restauracji, a poznani w mieście Amerykanie zachęcili go do podróży do ich państwa:
Uważając pieniądze za w gruncie nie sympatyczne ale konieczne narzędzie, ułatwiające egzystencję ludzką, lubiłem i lubię je mieć zawsze pod ręką, ale nie dla nich samych, a dla tego co dają; tym razem zaś, czy to pod wpływem moralnego zmęczenia, czy może skutkiem rozbudzonej ciekawości opowiadaniami moich paryskich towarzyszy zza morza, uczułem niepowstrzymaną chęć pojechania do Ameryki Północnej.
Chciałem pokosztować na miejscu tego życia, tak nowego dla mnie, życia, celem którego jest interes, a ideałem dolar w jak największej ilości. Zdolności finansowe, które mogłem posiadać, były mi nieznane, nie mając nigdy większych i więcej skomplikowanych interesów w ręku, gospodarka zaś rolna na ukraińskiej ziemi, którą podczas kilkunastu lat ostatnich prowadziłem, chociaż nieraz była uciążliwą i połączoną z trudnościami, nie dała mnie pola do wypróbowania siebie oraz pojęcia, jakbym wyglądał przed prawdziwym finansowym problematem.
Pierwszy projekt poszukiwań złota

Tak więc w listopadzie 1899 roku Konstanty, przez Calais, Dover i Londyn, udał się do Southampton. Stamtąd popłynął pierwszą klasą na parostatku „St. Paul” do Nowego Jorku, gdzie zatrzymał się w słynnym hotelu Waldorf-Astoria. Choć pod względem estetycznym miasto nie zachwyciło Polaka, zaimponowało mu architekturą i rozmiarem. Zwrócił też uwagę na bardzo szerokie uprawnienia tamtejszej policji, a także, co go bardzo zdziwiło, brak garnizonu wojskowego w tak wielkiej metropolii. Arystokracie przeszkadzała z kolei ogromna liczba dziennikarzy, zaczepiająca mieszkańców i przyjezdnych w poszukiwaniu taniej sensacji. Zauważył też, że w Ameryce bardzo łatwo można było na prowadzonych interesach zdobyć fortunę, jak i ją stracić.
W ciągu trzech miesięcy pierwszego pobytu w Stanach Zjednoczonych Podhorski odwiedził jeszcze Filadelfię, Boston i zobaczył wodospad Niagara. W tym okresie w amerykańskich gazetach pisano m.in. o trwającej gorączce złota nad kanadyjską rzeką Klondike i na Alasce. Polski arystokrata, jak stwierdził we własnych wspomnieniach, pod wpływem tych doniesień sam zechciał stworzyć spółkę mającą na celu poszukiwanie tego kruszcu, z tym że nie w Ameryce Północnej, a w znajdującym się po przeciwnej stronie Cieśniny Beringa Półwyspie Czukockim, który był jego zdaniem znacznie słabiej zbadanym pod tym względem miejscem. Konstanty zaproponował udział w tym przedsięwzięciu przebywającemu w Nowym Jorku milionerowi Louisowi Shlossowi, współzałożycielowi firmy Alaska Commercial Company, zajmującej się polowaniem na foki, a także handlem z rdzennymi mieszkańcami i poszukiwaczami złota na Alasce. Shloss wyraził zgodę i stanął na czele projektu.
Podhorski, który miał otrzymać 1/3 akcji przyszłej spółki, z Nowego Jorku przez Liverpool, Londyn, Harwich i Hoek van Holland udał się do Petersburga, gdzie próbował uzyskać od rosyjskich władz koncesję na działalność we wschodniej części Syberii. Okazało się jednak, że został uprzedzony przez emerytowanego pułkownika Gwardii Władimira Wonlarlarskiego, któremu właśnie wydano stosowną zgodę – w styczniu 1900 roku Rosjanin otrzymał na kilka lat monopol na wydobycie cennych metali, w tym złota i platyny, na Półwyspie Czukockim i okalających go wyspach. Polski arystokrata postanowił więc dotrzeć na Alaskę i tam spróbować sił przy poszukiwaniach złota – bez niedoszłego wspólnika.

Na własną rękę

Po opuszczeniu Petersburga Podhorski udał się do swojej matki i siostry, które mieszkały wówczas w Krakowie, a następnie pojechał do Mikołajówki. Okazało się, że majątek, który dzierżawił komuś od roku, był bardzo zaniedbany. Konstanty wyruszył więc stamtąd przez Kijów do Odessy, gdzie sprzedał chętnej osobie swoją ojcowiznę. Następnie przez Paryż, gdzie właśnie odbywała się wystawa światowa, dotarł go Cherbourga (obecnie Cherbourg-Octeville). Tam wsiadł na statek „Columbia”, którym dopłynął do Nowego Jorku, skąd po kilku dniach rozpoczął podróż pociągiem ku zachodniemu wybrzeżu Ameryki (ponoć w wagonie, w którym znajdowały się m.in. czasopisma i kilkaset książek dla pasażerów, dostępne były również angielskie tłumaczenia dzieł Henryka Sienkiewicza). Po drodze Polak zatrzymał się na kilka dni w Chicago, a następnie w pobliżu Livingston, by zwiedzić nieodległy Park Narodowy Yellowstone (najstarsze tego typu miejsce na świecie – założono je w 1872 roku).
Ze średnią prędkością wynoszącą 75 km/h Podhorski dojechał w końcu do Seattle, przesiadkowej miejscowości na trasie tysięcy osób udających się do złotodajnych terenów Alaski i zarazem – jak twierdził – jednego z bardziej zdeprawowanych miast, jakie miał okazję widzieć. Na potrzeby śmiałków kierujących się na północ szybko przerabiano stare statki służące wcześniej do celów handlowych i połowów, które potem często się psuły, a nawet rozbijały się i tonęły. Po tygodniu przebywania w Seattle Podhorski w końcu doczekał się swojego środka transportu. Była to „Jeanie” – jednostka o napędzie parowo-żaglowym, która wcześniej operowała w rejonie arktycznym jako statek wielorybniczy. Mając ze sobą m.in. aparat fotograficzny, strzelbę, namiot, a także składane łóżko, stół i trzy krzesła, arystokrata ruszył w kierunku Alaski.
Od spędzenia całej trasy liczącej prawie cztery tysiące km na zalewanym przez częste deszcze łóżku piętrowym z oświetleniem w postaci lampy naftowej uratował Polaka ponoć kapitan statku, który odstępował mu co drugą noc, podczas swojej wachty na mostku, własną kajutę. Współpasażerami Podhorskiego było pięć kobiet i ok. sześćdziesięciu mężczyzn. Z tych ostatnich największą liczbę stanowili poszukiwacze złota, którzy wcześniej pracowali m.in. w Meksyku, Kalifornii i nad Klondike (można ich było poznać po charakterystycznym ubiorze – nieprzemakalnych płaszczach, miękkich kapeluszach o szerokich brzegach i wysokich butach), a także hazardziści (noszący ponoć bardziej ekskluzywne odzienie). Oprócz tego na statku transportowano 11 psów.
Po opuszczeniu Seattle „Jeanie” minęła wyspę Vancouver i zatrzymała się na dziesięć godzin na Unalasce należącej do archipelagu Aleutów. Mimo że ziemie te od kilkudziesięciu lat znajdowały się w posiadaniu Stanów Zjednoczonych, wciąż widoczne tam były silne wpływy rosyjskie. Rdzenni mieszkańcy – Aleuci – przeważnie byli wyznania prawosławnego i posługiwali się językiem rosyjskim, którego uczyli się w utrzymywanej przez rząd rosyjski szkole. Zresztą pośrodku osady na Unalasce w dalszym ciągu funkcjonowała mała cerkiew. Druga szkoła, założona kilka lat przed przybyciem Podhorskiego, należała do misji protestanckiej i uczyła krajowców języka angielskiego. Aleuci mieli się ubierać na wzór białych kolonistów i pracować dla operujących tam firm amerykańskich. Ich populacja jednak z każdym rokiem się zmniejszała.

Upolowane na wyspie trzy pardwy górskie Podhorski oddał do kuchni na statku. Podczas wspomnianego postoju udało mu się także wykonać kilkanaście zdjęć. Gdy uzupełniono zapasy wody i węgla, „Jeanie” ruszyła dalej w kierunku północno-zachodnim.
Po minięciu Wysp Pribyłowa kapitan skierował swoją jednostkę na północ. Pod koniec lipca 1900 roku, po szesnastu dniach rejsu, „Jeanie” dotarła do celu – miejscowości Nome na Półwyspie Sewarda.
Złoto Alaski
Alaska jest największym (ponad 1,717 miliona km2) i zarazem jednym ze słabiej zaludnionych (ponad 700 tysięcy mieszkańców) stanów USA. To ostatnie nie może dziwić, biorąc pod uwagę jej położenie i dość chłodny klimat (zwłaszcza na północy). Pierwszymi Europejczykami na obszarze obecnego stanu – czyli łącznie z wyspami okalającymi stały ląd – byli Rosjanie i przedstawiciele innych narodów w carskiej służbie, którzy przybyli tam w latach czterdziestych XVIII wieku z Kamczatki. W amerykańskich ziemiach widzieli duży potencjał, jeśli chodzi o pozyskiwanie futer na handel, których przez intensywne polowania zaczęło brakować na Syberii.

Nowe tereny okazały się jednak mniej dochodowe, niż zakładano, a zarządzanie nimi i ewentualna obrona były utrudnione z powodu odległego położenia względem innych terytoriów imperium. Rosjanie zdecydowali się więc na sprzedaż Alaski Stanom Zjednoczonym, co nastąpiło w 1867 roku za kwotę 7,25 miliona dolarów, kończąc tym samym dzieje swoich posiadłości w Ameryce. Jak się miało w przyszłości okazać, była to dla kupujących wyjątkowo korzystna transakcja.
Pierwsze odkrycia złota na Alasce miały miejsce od 1869 roku. Zakładane kopalnie, zarówno odkrywkowe, jak i głębinowe, mieściły się na południowym wschodzie dzisiejszego stanu, m.in. w Sitce, Juneau i na pobliskiej wyspie Douglas. Gorączki złota, które nastały w tamtym okresie, były raczej niewielkich rozmiarów i trwały dość krótko. Do wyjątków należała m.in. ta trwająca od 1899 roku w okolicy założonego przez poszukiwaczy Nome. Tak o tej miejscowości pisał Podhorski, zszokowany panującymi tam warunkami:
Kilkadziesiąt tysięcy ludzi zleciało się z czterech stron świata, ożywionych jedną myślą, przepełnionych jednakową nadzieją powodzenia, aby wylądować na zimnym niegościnnym, piaszczystym brzegu, w kraju dotąd zupełnie pustym i nieznanym, otoczonym bagnami i gołymi piaszczystymi górami. Na tym samym brzegu pod gołym niebem, lub pod przykryciem brezentów lub namiotów, leżało najrozmaitszego towaru na wiele tysięcy dolarów. Widok podobny chyba raz w stuleciu spotkać można; mimo woli też byłem porwany tą nadzieją i wiarą w jutro, która malowała się na każdej twarzy otaczających mnie mas i wiarą w to materialne powodzenie, które zresztą nie miało objawów chciwości, a przeciwnie, łączyło się z bezmyślnym trwonieniem pozostałych resztek, ponieważ jutro da wszystko i jeszcze więcej, jak wszystko.
Ceny też żywności i wszelkich innych potrzeb, lub zachcianek rosły z każdą chwilą, a każdy chętnie płacił, niczego sobie nie odmawiając, ponieważ pewien sukcesu, na pieniądze nie zwracał uwagi, ponieważ pieniądze przestały odgrywać rolę w życiu, były jak gdyby wrzodem, który pękł, były zadaniem rozwiązanym -– rzeczą, o którą głowa więcej boleć nie będzie. (…) O sądzie i policji w tym czasie mowy jeszcze nie było, siła i przebiegłość były prawem, a stąd panował chaos nieopisany i prawdziwe walki co chwila. Widok Nome o tej porze był też jedyny w swoim rodzaju; krzyk, tłok, stukanie młotów i toporów przy powstających budowlach, tu strzał, tam pięści w robocie, wrzaskliwe targi, pijatyka, śpiewy, jednym słowem, gdziekolwiek się udać, wszędzie rozbestwienie i wrzawa piekielna.
W połowie 1900 roku Nome składało się z jednej ulicy, wzdłuż której zbudowane zostały z desek (niekiedy nierówno ze sobą zbitych) jedno- i dwupiętrowe domy, dookoła zaś nich postawiono kilka tysięcy różnokolorowych namiotów. Kilkanaście tysięcy osób miało zajmować się na plaży przekopywaniem piasku i płukaniem go w poszukiwaniu złota (każdy mógł tak pracować, nawet jeśli nie posiadał własnej działki do poszukiwań). Do nowej miejscowości licznie ściągali także m.in. hazardziści, damy do towarzystwa i rdzenni mieszkańcy tych ziem odziani w skóry reniferów, oferujący swoje wyroby za różne towary lub pieniądze.
Jak się okazało, w chwili przybycia Podhorskiego niemal na całym Półwyspie Sewarda były już wytyczone działki przez poszukiwaczy. Wszyscy obywatele Stanów Zjednoczonych oraz obcokrajowcy, którzy deklarowali chęć uzyskania amerykańskiego obywatelstwa, mieli prawo do zajęcia ziemi pod wydobycie – bez opłat, o ile nie miała ona żadnego prywatnego właściciela i nie przekraczała 1320 stóp długości i 660 stóp szerokości, czyli 20 akrów, trzeba ją było tylko odpowiednio oznaczyć i zgłosić ten fakt do lokalnych władz. Nowi śmiałkowie odkupywali więc teren do pracy od aktualnych właścicieli, niekiedy nawet za ogromną wówczas kwotę 36 tysięcy dolarów, albo zajmowali je bezprawnie – co kończyło się bójkami i strzelaninami.

Na przełomie wieków poszukiwania złota w tamtym regionie prowadzono od połowy czerwca do połowy października. Ponadto, ponieważ od końca maja do połowy sierpnia trwają tam tzw. białe noce, prace wydobywcze trwały o każdej porze. Według Podhorskiego, za uncję złota (ok. 30 gramów) płacono wówczas na Alasce 16 dolarów.
Polski arystokrata początkowo spał na położonych na ziemi dwóch kołdrach u trzech Francuzów poznanych jeszcze w Nowym Jorku, przedstawicieli klasy wyższej, którzy przybyli do tej miejscowości kilkanaście dni wcześniej. Podhorski szczególnie zaprzyjaźnił się z jednym z nich, Henrim Duparkiem, z którym po kilku dniach wynajął trzypokojowy, drewniany domek, za który płacili początkowo po 12 dolarów dziennie (później cena ta ponoć znacznie spadła).
Przez pierwszych kilka tygodni pobytu w Nome, Podhorski zwiedził miejscowość i najbliższą okolicę. Nauczył się też wypłukiwać złoto w specjalnej misce, która stanowiła podstawowe narzędzie pracy każdego poszukiwacza i zarazem środek oceniania wielkości złóż na danym obszarze. Polak otrzymał wiele propozycji współpracy i kupna działki, jednak ostatecznie na żadną z nich się nie skusił (obcokrajowcy mogli też odkupywać ziemię od osób prywatnych albo wchodzić w spółki z obywatelami USA, by np. prowadzić prace wydobywcze na ich parcelach). Niekiedy zrażała go wysoka cena, w innych miejscach brak dostępu do wody, która była niezbędna do wymywania złotodajnej ziemi, czy wreszcie wątpliwy tytuł własności. Gdy później przynajmniej jedna z odrzuconych przez arystokratę propozycji okazała się bardzo intratna, żałował, że jej nie przyjął. W swoich wspomnieniach usprawiedliwiał własne decyzje brakiem doświadczenia i dostatecznych środków finansowych, które wymagane były np. przy budowie kanału dostarczającego wodę.
Wyprawa na kraniec świata
Po pewnym czasie do Podhorskiego zgłosił się Anglik o nazwisku Tomkin z propozycją rejsu na Wyspy Diomedesa położone w Cieśninie Beringa, gdzie – według niego – znajdować się miało złoto i duża populacja lisów polarnych, na których futrze można było sporo zarobić. Polak przystał na to. Do ekspedycji dołączyli jeszcze Duparc i geolog C. Luckheard. Śmiałkowie wynajęli niewielki dwumasztowy żaglowiec „Francis Alice” z załogą, którą stanowili kapitan, czterech majtków i kucharz. Do celu podróżnicy dopłynęli po sześciu dniach.

Archipelag ten składa się z dwóch wysp: większej, niezamieszkałej, należącej do Rosji Wyspy Ratmanowa (29 km²) i mniejszej, amerykańskiej Wyspy Krusensterna (7,3 km²; po angielsku znana jako Little Diomede Island), posiadającej jedną inuicką osadę. Pomiędzy nimi do dziś przebiega granica rosyjsko-amerykańska. Duparc i Luckheard wylądowali na wyspie amerykańskiej, gdzie mieli poszukiwać złota, Podhorski i Tomkin popłynęli zaś „Francis Alice” na ziemię rosyjską, by zapolować na żyjące tam ponoć lisy polarne. Na Wyspie Ratmanowa okazało się jednak, że przebywają tam głównie ptaki, i to w ogromnej liczbie, ale nawet z nimi nie poszczęściło się Polakowi i Anglikowi.
Łowy skończyły się po jednym dniu, ponieważ w nocy wiatr zerwał kotwice statku, co zmusiło przebywających na nim wówczas Podhorskiego, Tomkina oraz załogę do odpłynięcia, by nie rozbić się o skały. Sztorm wymusił kilkunastodniowy rejs po wodach na północ od Wysp Diomedesa. Podhorski zanotował, że przez pewien czas nawet kapitan nie znał dokładnego położenia geograficznego „Francis Alice”. Jakby tego było mało, pod koniec sierpnia fala omal nie zmyła Polaka z pokładu. Woda zabrała za to wiele jego rzeczy: namiot, bieliznę i przybory toaletowe.
Na początku września 1900 roku „Francis Alice” znalazła się ok. 370 km na północ od Wysp Diomedesa. W końcu, po zmianie kierunku wiatru, podróżnicy mogli popłynąć do Nome. Stamtąd Podhorski – na parowcu „Albion” – w ponad dwadzieścia godzin wrócił na Wyspę Krusensterna po Duparca i Luckhearda, którzy przez wiele dni musieli żywić się ponoć surowymi ptakami i stęchłą mąką. Wreszcie wszyscy mogli wrócić bezpiecznie na kontynentalną Alaskę.
Tak się skończyła nasza wyprawa po złote runo i niebieskie lisy: kwarcy znalezione przez Luckhearda podczas długiego pobytu na wyspie, poddane analizie, zawierały złoto, ale w zbyt małej ilości, by się opłaciło je wydobywać. Wiedząc że lubię kolekcje, poczciwy du Parc zebrał dla mnie trzydzieści siedem gatunków rozmaitego ptactwa; te przywiozłem do Nome z zamiarem wypchania ich i darowania następnie do ornitologicznego muzeum we Frascati w Warszawie, ale i to mnie się nie udało. Wypychacza tymi czasami w Nome nie było i ptaki pomimo rozmaitych czyszczeń, suszeń i konserwowań psuć się zaczęły i przepadły. Szkoda, bo kilkanaście było bardzo pięknych i ciekawych, szczególnie kilka gatunków olbrzymich sów arktyckich różnokolorowych papug [!], oraz prześlicznych, tak zwanych po angielsku „Eiderduck” [zapewne chodziło o edredony zwyczajne – przyp. M.B.], a po polsku, jeżeli się nie mylę, gęsi Islandzkich [są to inne gatunki z rodziny kaczkowatych – przyp. M.B.]. Burza odwiedziła też Nome, poprzewracała statki i zalała miasto. Kilkanaście osób zmarło.
Dotychczasowe porażki nie zniechęciły jednak Podhorskiego do poszukiwania złota na Alasce i w innych miejscach – był to dopiero początek realizacji jego projektów i wynikających z nich kłopotów.
Bibliografia
Źródła:
- Konstanty Podhorski, Ot tak sobie, dla pamięci… czyli urywki żywota nie sławnego człowieka… od roku 1859 po 1900 r. (fragmenty pamiętnika), „Notatki Płockie”, t. 51 (2006), z. 1/206, s. 3–6.
- Konstanty Podhorski, Po obu stronach Cieśniny Beringa, „Dziennik Kijowski”, różne numery z 1908 roku.
- Teodor Żychliński, Złota księga szlachty polskiej, r. 14, nakładem autora, Poznań 1892, s. 13–21.
Opracowania
- Mateusz Będkowski, Polscy poszukiwacze złota, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019.
- Tadeusz Epsztein, Z piórem i paletą, Zainteresowania intelektualne i artystyczne ziemiaństwa polskiego na Ukrainie w II połowie XIX w., Wydawnictwo Neriton, Instytut Historii PAN, Warszawa 2005.


![Lekarz w piekle. Hans Killian, „Chirurg na wojnie” [recenzja]](https://hrabiatytus.pl/wp-content/uploads/2026/03/chirurg-na-wojnie-mini-218x150.jpg)















