Obóz w Balachadi był jednym z kilku ośrodków uchodźczych w Indiach przeznaczonych dla cywili ewakuowanych z ZSRR z armią gen. Andersa. Jego wyjątkowość wynikała z przeznaczenia tylko dla dzieci, a za jego utworzeniem stał gest jednego człowieka – maharadży Jama Sahiba Digvijaysinhji.

Po zajęciu przez wschodnich kresów Rzeczpospolitej w 1939 roku nowe sowieckie władze podjęły kroki w kierunku integracji zajętych ziem z ZSRR. Przeprowadzono spis powszechny, a mieszkańcom narzucono radzieckie obywatelstwo. Zaplanowano również deportację w głąb Rosji „elementów potencjalnie niebezpiecznych i antysowieckich”. Dotyczyło to rzeszy urzędników, funkcjonariuszy państwowych, żołnierzy, posiadaczy ziemskich, artystów, społeczników itp. Wywózkami miały być objęte również ich rodziny.

Podział terytorium II RP między III Rzeszę i ZSRR wg porozumienia z 28 września 1939 r. (rys. Maciej Szczepańczyk i Poznaniak, CC BY-SA 4.0)

Aresztowania i przesiedlenia odbywały się w kilku fazach od lutego 1940 roku do czerwca 1941 roku. W pierwszej kolejności Polacy byli wywożeni na tereny dorzecza północnej Dźwiny, do obwodu archangielskiego, do republik Komi i Jakuckiej oraz do Kraju Krasnojarskiego. W następnych fazach deportowanych kierowano m.in. do północnego Kazachstanu, w rejony Uralu, do republik Baszkirskiej, Czuwaskiej czy Maryjskiej. Ostatnie transporty tuż przed niemieckim atakiem na ZSRR zostały skierowane do Kraju Ałtajskiego.

Układ Sikorski-Majski i kwestia „amnestii”

Dla części deportowanych zbawienny okazał się niemiecki atak na ZSRR w 1941 roku. Otworzył on szansę na ponowne nawiązanie kontaktów polsko-radzieckich, w wyniku czego zawarto układ Sikorski-Majski. Przywracał on stosunki dyplomatyczne między rządem polskim na uchodźstwie a radziecką Rosją. Pociągnął za sobą również zawarcie umowy wojskowej, w wyniku której rozpoczęto formowanie Armii Polskiej pod dowództwem gen. Władysława Andersa, a władze radzieckie ogłosiły „amnestię” dla deportowanych.

Gdy wieść o tym rozeszła się po ZSRR, rozpoczął się wielki ruch obywateli polskich z północy na południe, w cieplejsze rejony kraju, gdzie klimat był bardziej sprzyjający dla zdziesiątkowanych i głodujących Polaków. Mężczyźni ruszyli do punktów werbunkowych, ludność cywilna zaś, w tym również dzieci, dostrzegły szansę przeżycia u boku polskiej armii. Poruszanie się po ZSRR było jednak trudne i notorycznie utrudniane przez rosyjskie władze. Blokowano przepływ informacji, zatrzymywano podróżujących pod byle pretekstem. Organizowane transporty zamiast do punktów zbornych kierowano w inne rejony, gdzie brakowało pracowników.

Polacy starali się temu przeciwdziałać. Dyplomaci i żołnierze, przemieszczając się po ogromnym terytorium, roznosili informacje o dokładnym usytuowaniu punktów zbornych. Objeżdżano radzieckie sierocińce i ochronki w celu odnalezienia polskich dzieci. Sami zainteresowani wykazywali się niejednokrotnie niezwykłą determinacją, m.in. znany jest przypadek siedmioletniego chłopca, który przez kilkadziesiąt kilometrów niósł na plecach swoją półtoraroczną siostrę.

Podpisanie układu Sikorski-Majski, 30 lipca 1941 r. Od lewej siedzą: Władysław Sikorski, Anthony Eden, Winston Churchill i Iwan Majski (fot. domena publiczna)

W poszukiwaniu miejsca dla uchodźców

Mężczyźni zdolni do służby znaleźli schronienie i utrzymanie w wojsku, ale nierozwiązany pozostawał problem ludności cywilnej, wśród której często znajdowały się rodziny żołnierzy. Gen. Anders wspominał:

Żołnierze dzielili się swoimi skromnymi racjami z cywilami, którzy szukali pod skrzydłami wojska ochrony, wiedząc, że to jedyna szansa na przeżycie. Setki i tysiące Polaków już zginęło w drodze i w punktach zbornych. Wydałem zatem rozkaz, że każdy Polak, który się zgłosi, powinien zostać włączony w transport wojskowy, w tym wszystkie żłobki i sierocińce.

Władze polskie przystąpiły do organizacji tymczasowych ochronek i sierocińców, m.in. w Aszchabadzie na terenie dzisiejszego Turkmenistanu (jego kierownikiem był hrabia Michał Tyszkiewicz – urzędnik MSZ, a prywatnie mąż Hanki Ordonówny). Jednak w obliczu tragicznych warunków w tych placówkach rozpoczęto rozmowy w sprawie przyjęcia uchodźców przez kraje nieobjęte działaniami wojennymi.

Dwaj wynędzniali mężczyźni w pobliżu stacji kolejowej, prawdopodobnie gdzieś w Kazachstanie. Deportowani z Kresów w czasie radzieckiej okupacji, po amnestii zdążali do formującej się polskiej armii, 7 lutego 1942 r. (fot. Leon Tadeusz Grzywna, ze zbiorów Imperial War Museum, nr HU 128304, IWM Non Commercial Licence)

Wielka Brytania nie była zachwycona perspektywą utrzymania tych ludzi. Pod pewnymi warunkami taką gotowość zaczęły jednak zgłaszać kraje wchodzące w skład Imperium Brytyjskiego, takie jak Indie i kolonie afrykańskie. Stawiano jednak pytanie o koszty i odpowiedzialność za akcję. Dla części Polaków nie bez znaczenia okazała się struktura organizacyjna Indii Brytyjskich, na których terenie znajdowały się zarówno obszary będące pod bezpośrednią władzą Brytyjczyków, jak i szereg księstw autonomicznych. Te drugie miały sporo swobody w prowadzeniu polityki wewnętrznej i zbieraniu podatków, czego konsekwencją było posiadanie własnego budżetu.

„Polski” Maharadża

Maharadża Jam Sahib Digvijaysinhji, 1935 r. (fot. National Portrait Gallery, nr inw. NPG x151803)

W takich okolicznościach w sprawę włączył się Jam Sahib Digvijaysinhij – maharadża księstwa Nawanagaru, rejonu usytuowanego na półwyspie Kathijawar, późniejszy stały przedstawiciel niepodległych Indii przy Zgromadzeniu Ogólnym ONZ. Kształcił się on na uczelniach indyjskich i brytyjskich. Pełnił szereg funkcji dyplomatycznych i honorowych w armii brytyjskiej. W latach 1937–1944 był kanclerzem Izby Książąt indyjskich i przedstawicielem Indii w Gabinecie Wojennym Imperium Brytyjskiego oraz Rady Wojny na Pacyfiku.

Jego przychylny stosunek do Polski datuje się na lata młodzieńcze. Przebywając w Szwajcarii, miał poznać Ignacego Paderewskiego, a muzyk wywarł na nim ogromne wrażenie. Przyszły maharadża w trakcie swojego pobytu w Wielkiej Brytanii miał również zapałać sympatią do polskiej literatury, a jedną z jego ulubionych książek stało się angielskie tłumaczenie „Chłopów”. O okolicznościach deklaracji Jam Sahiba o udzieleniu pomocy polskim dzieciom mówi relacja jego córki:

Podczas przerwy na obiad w trakcie jednego ze spotkań Imperialnej Rady Wojennej w Londynie usłyszał o warunkach, w jakich przebywają polskie dzieci […]. Wtedy zaproponował, że weźmie za nie odpowiedzialność. Podobno poirytowało to rząd brytyjski – ta ofiara była im nie w smak. Powiedział więc, że nikogo nie pyta o pozwolenie, ale zaprasza dzieci do Nawanagaru jako swoich gości.

Przygotowania do ewakuacji

Po deklaracji przystąpiono do wyboru miejsca na ośrodek dla dzieci, uzyskania odpowiednich pozwoleń na wyjazd, utworzenia funduszu, z którego miała być finansowana budowa obozu i utrzymanie dzieci, oraz organizacji transportu.

W sprawie funduszy ponownie nieoceniony okazał się maharadża, który wspierał inicjatywę nie tylko własnymi środkami, ale też namówił szereg innych książąt do zadeklarowania dowolnych kwot na rzecz utrzymania dzieci. Polski Konsulat Generalny w Bombaju (Mumbaj) na czele z Eugeniuszem Banasińskim zainicjował powstanie Komitetu Pomocy Dzieciom Polskim i utworzenie funduszu „The Polish Children’s Account”. Początkowo zdeponowano na nim 50 tys. rupii pochodzących z funduszu na cele wojenne wicekróla Indii. Kwotę 8,5 tys. rupii dorzucił Polski Czerwony Krzyż w Bombaju.

Kucharze polskiej armii wydają jedzenie żołnierzom i cywilom, prawdopodobnie obóz w Buzułuku, 1941 r. (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, nr MH 1833, IWM Non Commercial Licence)

Na lokalizację osiedla wybrano miejsce nieopodal wioski Balachadi na półwyspie Kathijawar, półtora kilometra od letniej rezydencji Jama Sahiba. Uznano, że na terenie tym panuje najkorzystniejszy dla Europejczyków klimat, choć nie ustrzegło to późniejszych mieszkańców osiedla przed epidemią malarii. Stosunkowo najtrudniejsze okazało się uzyskanie pozwolenia na wyjazd 600 dzieci z ZSRR. Władze w Moskwie zgodziły się na to pod naciskami dopiero pod koniec grudnia 1941 roku.

Mimo zagrożeń czyhających na perskich bezdrożach zdecydowano się na przetransportowanie dzieci drogą lądową. Kira Banasińska, żona konsula, która jednocześnie stała na czele PCK w Bombaju, angażowała się w organizację szeregu prelekcji w Indiach na temat Polski, dzięki czemu zbierano fundusze na pomoc żywnościową i leki dla uchodźców czekających na wyprowadzenie z ZSRR. Pomoc ta była wysyłana z Indii ciężarówkami, które miały kilkukrotnie zabierać w drogę powrotną dzieci.

Polscy zesłańcy, w tym również dzieci, oczekujący na zapis do polskiej armii, prawdopodobnie obóz w Buzułuku, 1941 r. (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, nr MH 1839, IWM Non Commercial Licence)

Pierwszy transport do Indii

Pierwszą turę ewakuacji dzieci zaplanowano na połowę marca 1942 roku. Na czele ekspedycji stanął Tadeusz Lisiecki, zastępca konsula w Bombaju, a wspomagał go dr Stanisław Konarski. Głównym opiekunem dzieci uczyniono ks. Franciszka Plutę. Ów duchowny z zacięciem wojskowym początkowo niechętnie podjął się tej misji, gdyż uważał, że jego obowiązkiem jest służba przy polskim żołnierzu. Jego zamiary nie zostały jednak zrealizowane i ostatecznie został on komendantem ośrodka w Balachadi. Funkcję tą pełnił do końca funkcjonowania obozu.

Pierwszy etap podróży biegł z Aszchabadu przez granicę z Persją do Meszchedu, gdzie zorganizowano kilkudniową kwarantannę dla 173 dzieci. Trasa wiodła przez nieukończoną drogę łączącą Persję z ZSRR. W kwietniu transport ruszył w dalszą drogę. Dzieci spędziły Święta Wielkanocne na pustyni, a szczególnym wydarzeniem była msza odprawiona wówczas przez ojca Plutę, któremu za ołtarz posłużył tył ciężarówki.

Następnie konwój wjechał na wąskie i strome górskie drogi, którymi dotarł do Nok Kundi, punktu na granicy z Indiami, blisko Kwety, gdzie dzieci przesiadły się do pociągu. W Kwecie dzieci zostały powitane przez Kirę Banasińską, a następnie ruszyły do Bombaju przez Delhi.

Ewakuacja polskich żołnierzy do Persji, zapewne marzec 1942 r. (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, nr MH 1827, IWM Non Commercial Licence)

Podróż przez Indie okazała się inna niż przez irańskie bezdroża. Na trasie organizowano powitania, obdarowywano małych pasażerów drobnymi słodyczami i owocami. Zaskoczone i wdzięczne dzieci starały się odwdzięczyć, co w kilku wypadkach doprowadziło do zabawnych sytuacji. Nauczono je kilku pieśni w języku angielskim, w tym hymnu Good save the King (Queen, jeśli panującą jest kobieta). Zamiast save (chronić) dzieci omyłkowo śpiewały shave, co oznacza golić.

W Bombaju, w obliczu nieukończenia jeszcze budowy ośrodka w Balachadi, dzieci umieszczono w wynajętych domach w dzielnicy Bandra. Czas spędzony w mieście przeznaczono na podleczenie zaniedbanych wychowanków i podjęto pierwsze próby zorganizowania nauki oraz zajęć kulturalnych, o których przebieg dbała jako opiekunka Hanka Ordonówna. Dzieci po raz pierwszy również wyszły z własną inicjatywą, odręcznie tworząc swoje pisemko „Głos z Werandy”.

Do ośrodka w Balachadi przewieziono podopiecznych w połowie lipca 1942 roku, a maharadża powitał je tam słowami „Nie jesteście już sierotami. Teraz jesteście Nawanagaryjczykami, a ja jestem Bapu, ojcem wszystkich Nawanagaryjczyków, więc i waszym ojcem!”.

Dzieci w ośrodku w Balachadi w 1943 r. Chłopiec oznaczony krzyżykiem doniósł swoją siostrę (na zdjęciu przed nim) na własnych plecach (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, nr IND 1869, IWM Non Commercial Licence)

Kolejne transporty

Trasa drugiego transportu, który ruszył w lipcu 1942 roku, wiodła tą samą drogą. W obliczu pojawienia się grup napadających na konwoje, regulamin transportu został zaostrzony. Ciężarówki jechały jedna za drugą, zgodnie z nadaną wcześniej numeracją. Zabronione było wyprzedzanie i nieuzasadnione zatrzymywanie się. W razie nagłego wypadku każdy kierowca był zobowiązany do ostrzeżenia pozostałych krótkimi i długimi sygnałami. To jednak nie uchroniło konwoju przed niebezpiecznym incydentem. Nikomu nic się nie stało, ale w trakcie napadu stracono kilka kanistrów z wodą i koc.

Mimo niebezpieczeństw kierownik wyprawy w ostatniej chwili zdecydował się zabrać dziesięcioletniego chłopca, którego nie było na liście transportowej. Został on przewieziony przez granicę ukryty pod kocami. Być może udało się to dzięki specjalnie sprowokowanemu przez opiekunów zamieszaniu z przekręconym nazwiskiem na liście. Strażnik, który starał się wyjaśnić sprawę, był rozpraszany przez rozbrykane dzieci. W końcu zrezygnowany przepuścił całą kolumnę.

W trakcie podróży zabroniono dzieciom kontaktów z miejscową ludnością ze względu na brak szczepień ochronnych. Nie odstraszyło to części z nich, które w Meszhedzie prowadziły handel wymienny z mieszkańcami, szczególnie chętnie przyjmując od nich owoce. Wywołało to u niektórych problemy żołądkowo-jelitowe, czego konsekwencją było zaostrzenie rygoru sanitarnego.

Polskie dzieci w Teheranie, grudzień 1942 r. (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, nr E 21189, IWM Non Commercial Licence)

Podróżującym doskwierał upał, a unoszący się kurz wciskał się przez każdą szczelinę nawet starannie zasznurowanej plandeki ciężarówki. Po odsłonięciu przedniej części pęd powietrza wywiewał naniesiony piasek, ale po pewnym czasie kierownik transportu zabronił tego rodzaju praktyki ze względów bezpieczeństwa.

Po przekroczeniu granicy z Indiami wzrosło poczucie bezpieczeństwa konwoju. Tak jak w przypadku pierwszego transportu, dzieci były serdecznie witane i pozdrawiane na trasie swojego przejazdu. Niestety, wylew Indusu i powódź z tym związana na kilka tygodni zatrzymały dzieci w Kwecie, gdzie zakwaterowano je w koszarach wojskowych. Przymusowy pobyt w mieście trwał około dwóch miesięcy, w związku z czym opiekunowie starali się, mimo braku podręczników, organizować pierwsze zajęcia lekcyjne. W przeddzień odjazdu z miasta dzieci po raz pierwszy spotkały się ze zjawiskiem trąby powietrznej.

Transport został przeprawiony przez rzekę, w której dzieci po raz pierwszy zobaczyły krokodyle, co wzbudziło wśród nich nie lada sensację. Po przeprawie przesiadły się do pociągu do Jamnagaru, gdzie wyjechał po nie ksiądz Pluta. Ostatnią część podróży (około 30 km) dzieci przebyły ponownie w ciężarówkach. W obozie stawiły się pod koniec września 1942 roku w liczbie 232 podopiecznych i 19 opiekunów.

Polski lekarz pobiera krew do badań od dziewczynki w Teheranie, grudzień 1943 r. (fot. ze zbiorów Imperial War Museum, nr E 21187, IWM Non Commercial Licence)

W grudniu 1942 roku do Balachadi trafiła również grupa dzieci przeznaczonych pierwotnie do umieszczenia w innych obozach uchodźczych, m.in. w Karachi. Przypuszczalnie ich droga wiodła przez Meszhad, Teheran, Isfahan, Zahedan, Kwetę, Hyderabad do Karachi, skąd przetransportowano je drogą morską do Jamnagaru. Niemniej podróż ta jest słabo udokumentowana.

Życie w ośrodku

Obóz w Balachadi został usytuowany dwupoziomowo na wzgórzu. Budynki mieszkalno-administracyjne umieszczono na płaskowyżu, a sanitariaty i pomieszczenia gospodarcze na skarpie lub u podnóża. Początkowo liczył około 50–60 budynków skupionych w trzech kompleksach: centralną i południową cześć zajmowały bloki mieszkalne dla dzieci, od północy zaś ulokowano kancelarię, pomieszczenia kuchenno-jadalniane i kaplicę ze świetlicą. Na zachodnim cyplu wzgórza znalazły się m.in. szpital i centralny plac apelowy.

Maharadża Jam Sahib Digvijaysinhji we wrześniu 1942 r. (fot. ze zbiorów National Portrait Gallery, nr inw. NPG x178505)

Budynki miały konstrukcję murowano-drewnianą, a kryte były czerwoną dachówką. W otworach okiennych nie było szyb, a dla osłony przed owadami zakrywano je siatkami. Bloki dla podopiecznych ośrodka nie posiadały ścianek działowych, a podłogi były w nich gliniane. Dzieci miały do dyspozycji drewniano-sznurowe łóżko z materacem, poduszkę, pościel, koc, mały stoliczek lub półkę oraz kuferek na rzeczy osobiste. Było też kilka ogólnodostępnych stolików. Bloki dla dorosłych dzielono na małe dwuosobowe mieszkania. Cementowe podłogi znajdowały się tylko w kuchni, szpitalu i łazienkach.

Dostęp do wody zapewniała pobliska studnia, ale dla potrzeb mieszkańców wybudowano również dwa zbiorniki retencyjne gromadzące wodę na zapas. Przydawała się ona szczególnie w czasie suszy przedmonsunowej. Kiedy rodzina maharadży przebywała poza letnią rezydencją, dzieci mogły korzystać z jej ogrodów, basenu czy kortów, a na potrzeby szkoły udostępniono budynek należący do kompleksu rezydencyjnego. Zapewniono też ośrodkowi opiekę medyczną, zanim pojawił się w nim lekarz pochodzenia polskiego.

Na czele ośrodka stał komendant, ojciec Franciszek Pluta, którego wspomagali dwaj duchowni. Rolę oficera łącznikowego z rządem brytyjskim pełniła Cathy Clarke, żona sekretarza wojskowego maharadży, Geoffreya Clarke’a. W pierwszej kolejności starano się zorganizować dzieciom naukę szkolną. Trzeba przyznać, że początkowo wydawało się to być zadaniem co najmniej karkołomnym. Brakowało programów, podręczników i pomocy szkolnych. Dopiero z czasem pojawiły się pierwsze pojedyncze egzemplarze podręczników. Przepisywano je dla uczniów ręcznie.

Największy problem stanowił brak odpowiednio przygotowanej kadry. Właściwie żaden z przybyłych w pierwszym okresie opiekunów nie miał wykształcenia pedagogicznego. Dopiero wraz z przybyciem kolejnych transportów zaczęli pojawiać się lepiej przygotowani zawodowo dorośli. Kadra ciągle była zbyt mała. W obliczu tego problemu starano się wciągać starsze dzieci do opieki nad młodszymi.

Po latach spędzonych na zesłaniu i przerwie w nauce, jakiej doznały dzieci, należało zadbać o uzupełnienie braków w ich wiedzy. Uczniów umieszczano w klasach na podstawie ich umiejętności, a nie wieku, co prowadziło niejednokrotnie do tego, że w jednej grupie znajdowały się dzieci z np. czterech różnych roczników.

Mimo skali problemów szkoła w ośrodku szybko zaczęła przeprowadzać egzaminy i wydawać świadectwa zgodne ze standardami przedwojennymi. Problematyczne okazało się nauczanie na poziomie licealnym. Starsze dzieci po wyrównaniu braków wysyłano na naukę do szkół brytyjskich.

Jam Sahib z polskimi dziećmi w Balachadi, Boże Narodzenie 1943 r. (fot. domena publiczna)

Życie w ośrodku

Starano się także zapełniać dzieciom czas wolny. W tym zakresie wykazało się szczególnie kilku bardziej uzdolnionych opiekunów. Jednym z nich był Antoni Maniak, były zawodnik lwowskiego klubu „Pogoń”, który zajął się wychowaniem fizycznym. Dzięki niemu znacznie podniosła się kondycja fizyczna młodych organizmów. Zainicjował on wraz z dziećmi budowę boiska. Prowadził nie tylko zajęcia szkolne, ale również zorganizował drużynę piłkarską czy hokeja na trawie. Po pewnym czasie z powodzeniem rywalizowały one z zespołami miejscowymi lub też wojskowymi.

Skwer Dobrego Maharadży na warszawskiej Ochocie (fot. Mateusz Opasiński, CC BY-SA 3.0)

W pamięci wychowanków ośrodka zapisała się zwłaszcza Janina Ptakowa, przedwojenna harcerka. Dzięki jej zaangażowaniu w Balachadi kwitło życie skautowe. Dzieci w większości chętnie angażowały się w aktywności takie jak zbiórki, obozy harcerskie czy zdobywanie sprawności, wśród których oprócz tradycyjnych pojawiły się też egzotyczne, np. sprawność wywiadowcy przeciwmalarycznego.

Dzięki Janinie Dobrostańskiej, przedwojennej aktorce teatralnej, rozwijało się również życie kulturalne ośrodka. Dzieci angażowały się w pracę w grupach teatralnych, zespołach tanecznych czy orkiestrze. Z okazji różnego rodzaju uroczystości organizowano pokazy. Zapraszano na nie maharadżę, który w miarę możliwości pojawiał się na nich osobiście lub też wysyłał zastępstwo. W trakcie tych wizyt miał serdecznie rozmawiać z dziećmi i zapraszał je na zwiedzanie swojej posiadłości. Po pewnym czasie zaproszenia te zaczęły być traktowane jako swego rodzaju nagroda za dobre sprawowanie. Po każdej wizycie Jam Sahib zostawiał 1001 rupii na upominki dla dzieci. O zaskarbieniu sobie wdzięczności dzieci przez maharadżę świadczy prezent wykonany przez nie na piąte urodziny jego syna. Wychowankowie ośrodka zaproszeni na przyjęcie z tej okazji uszyli dla chłopca tradycyjny strój krakowski.

Zachęcone działaniami wychowawców, dzieci zaczęły przejawiać własną inicjatywę. Zdarzało się, że przygarniały i opiekowały się zwierzętami. W ośrodku mieszkały m.in. żółw, sarna czy mangusta. Dzieci wykazywały się również talentem przedsiębiorczym. Jeden z chłopców założył nawet małą hodowlę drobiu, która w krótkim czasie zaczęła zaopatrywać ośrodek w jajka.

Likwidacja osiedla

Po zainstalowaniu się w Polsce nowej władzy zaczęto naciskać na likwidację kolejnych ośrodków uchodźczych i powrót obywateli polskich do kraju. W szczególnie trudnej sytuacji znajdowały się sieroty i osoby, które nie miały krewnych za granicą. Polscy uchodźcy stracili poparcie nieuznawanego już rządu w Londynie, Indie stały u progu niepodległości, a jej społeczeństwo było coraz mniej skore do pomocy.

Ksiądz Pluta, Jam Sahib i Geoffrey Clarke postanowili, że żadne dziecko nie powinno wbrew swojej woli powrócić do Polski opanowanej przez komunistów. W związku z tym podjęli się zbiorowej adopcji sierot, którym nie udało się odnaleźć żadnych krewnych na Zachodzie. Dzięki temu części dzieci z ośrodka zapewniono możliwość wyjechania na dalszą naukę m.in. do Stanów Zjednoczonych.

W połowie 1946 roku ośrodek w Balachadi został zamknięty, a ostatnie dzieci zostały przejściowo umieszczone w obozie rodzinnym w Valivade. Oblicza się, że tylko 10% polskich uchodźców przebywających w Indiach powróciło na stałe do powojennej Polski.

Bibliografia

  • Anuradha Bhattacharjee, Druga ojczyzna. Polskie dzieci tułacze w Indiach, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2014.
  • Polacy w Indiach 1942–1948 w świetle dokumentów i wspomnień, pod red. Leszka Bełdowskiego, Koło Polaków w Indiach 1942–1948, Warszawa 2002.
  • Wiesław Stypuła, W gościnie u „polskiego” maharadży (wspomnienia z pobytu w Osiedlu Dzieci Polskich w Indiach w latach 1942–1946), Eko-Dom Sp. z o.o., Grajewo 2011.
  • Maciej Tumulec, Historia stosunków polsko-indyjskich XVI–XXI w., Towarzystwo Miłośników Historii–Wydawnictwo DiG, Warszawa 2013.
  • Krystyna Wróbel-Lipowa, Śladami polskich dzieci-tułaczy w czasie II wojny światowej, „Annales Universitatis Mariae Curie-Skłodowska. Sectio F. Historia”, r. 60 (2005), s. 229–243.

1 KOMENTARZ

Skomentuj. Jesteśmy ciekawi Twojej opinii!