Ziemia się zatrzęsła i piekło zamarzło, gdy Netflix ogłosił, że bierze się za kolejną ekranizację Znachora. Czyż da się konkurować z rolą Jerzego Bińczyckiego i filmem z 1981? A jednak już znacznie wcześniej w tytułowego bohatera wcielił się Kazimierz Junosza-Stępowski, słynne zaś zdanie: „Proszę państwa, Wysoki Sądzie… To jest profesor Rafał Wilczur!”, w pierwszej adaptacji powieści w ogóle nie padło.

W dwudziestoleciu międzywojennym widzowie pokochali adaptacje literatury. Żeromski i jego Dzieje Grzechu, Helena Mniszkówna i Trędowata, Rodziewiczówna i Wrzos – melodramatycznych historii, które przenoszono z kart powieści na wielki ekran, nie brakowało. Krytycy wprawdzie załamywali ręce nad stanem polskiej kinematografii, ale wytwórnie z gustem widzów nie zamierzały dyskutować i zdecydowały się poddać woli ludu, za którą szły, oczywiście, pieniądze.

Znachor – „Drgający od napięcia dramatycznego”

Tadeusz Dołęga-Mostowicz (fot. domena publiczna)

Znachor od początku powstał z myślą przeniesienia go na wielki ekran. Jego autor – Tadeusz Dołęga-Mostowicz, nazywany „Balzakiem dla mas” – miał już za sobą debiut jednego ze swoich dzieł na wielkim ekranie – jego Prokurator Alicja Horn miała premierę w 1933 roku, a w tytułową rolę wcieliła się Jadwiga Smosarska. Początkowo pisał Znachora na zlecenie jednej z wytwórni, o czym sam opowiadał jednemu z dziennikarzy:

Zapewniam pana, że mam wiele krytycyzmu w stosunku do moich utworów. Ale w tym wypadku wiedziałem, że scenariusz jest naprawdę dobry, że temat jest i ciekawy, i arcyfilmowy, i aż drgający od napięcia dramatycznego. Nie na wiele jednak moje przeświadczenie się zdało. Właściciele wytwórni mieli swego eksperta w osobie pewnego reżysera filmowego, a ten z godną podziwu inteligencją i z rozbrajającym wyczuciem artystycznym orzekł, że „Znachor” nie nadaje się do filmowania, bo… nie ma w nim dramatu! Usłyszawszy to, nie wiedziałem, czy mam się śmiać, czy płakać nad losami filmu polskiego, którego dramatem są tego rodzaju znawcy.

Dołęga-Mostowicz zdecydował się więc na publikowanie powieści w odcinkach – ukazywała się w latach 1936–1937 w „Wieczorze Warszawskim”. Już po publikacji kilku epizodów pojawiły się wytwórnie, chcące przenieść historię profesora Wilczura na wielki ekran, a scenariusz napisał ostatecznie Anatol Stern, który wcześniej zaadaptował m.in. Przedwiośnie.

Liście opadające jak wspomnienia

„Znachor” – okładka wydania powieści z 1938 r. (bezpłatny dodatek dla stałych czytelników „Wielkopolanina” i „Pomorzanina”). Na zdjęciu Kazimierz Junosza-Stępowski w roli głównej (il. ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. 163.337)

Stern rozpoczyna całą listę nazwisk zaangażowanych w powstanie filmu, które należały do prawdziwej śmietanki polskiego przedwojennego kina. Do tytułowej roli zaangażowano Kazimierza Junoszę-Stępowskiego. Jego żonę (a w drugiej części filmu – córkę) zagrała Elżbieta Barszczewska. W roli ukochanego Marysi, Leszka Czyńskiego, wystąpił Witold Zacharewicz. Za kamerą stanął Michał Waszyński, który wcześniej zekranizował m.in. Prokurator Alicję Horn.

Podobnie jak film z 2023 roku, przedwojenny Znachor budził emocje jeszcze przed premierą. W kwietniu 1937 roku dziennikarz czasopisma „Kino” odwiedził plan filmowy, na którym ekranizowano historię profesora Wilczura.

Wchodzimy do hali. Jesteśmy na jakimś wiejskim, opuszczonym cmentarzu. Zatrzymuję się o krok od grobu. Reżyser objął rękoma krzyż, jak kogoś drogiego, i pokazuje Stępowskiemu następne „ujęcie”. Pod naszymi stopami chrzęszczą zwiędłe liście.

Cień robotnika niosącego bańkę z wodą przesuwa się obok nas.

Liście opadają z najprawdziwszych drzew, jak wspomnienia. Wąż kabla z kamery dźwiękowej zwinął się potulnie u nóg. Mechanicy przykrywają go wielkim wieńcem z wyszarzałym, złotym niegdyś napisem.

Stępowski obejmuje krzyż rękoma i płacze.

Premiera filmu odbyła się 16 września 1937 roku. W ekranizacji do przywrócenia pamięci profesorowi dochodzi już po rozprawie sądowej, gdy wraz z Marysią odwiedza grób jej matki. „To pani ojciec, profesor Rafał Wilczur” – zwraca się do Wilczurówny Stefan Dobraniecki (Józef Węgrzyn), gdy Kosiba mdleje przy grobie żony. Nie ma więc odkrycia kart na sali sądowej, jak w kultowym filmie z Jerzym Bińczyckim z 1981 roku.

„Popularny” nie znaczy „wartościowy”

Twórczość Dołęgi-Mostowicza nie cieszyła się uznaniem wśród krytyków. Przy okazji recenzji Znachora recenzent „Kuriera Lwowskiego” pisał:

Film ten jest przeróbką popularnej powieści Dołęgi Mostowicza. „Popularny” zaś, jak wiadomo, nie znaczy wcale „wartościowy”. To też spodziewaliśmy się częstej kolei rzeczy! Z kiepskiej powieści dobrego filmu.

Elżbieta Barszczewska w roli córki prof. Wilczura (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn. 3/1/0/11/12365/1)

Choć publiczność pokochała film, głosy recenzentów były podzielone. Z optymizmem pisał o ekranizacji recenzent czasopisma „Kino”: „Nareszcie – jeden z tych filmów produkcji polskiej, który można oglądać z prawdziwą przyjemnością – choć do ideału bardzo mu jeszcze daleko. Wtórował mu Mieczysław Sztycer w „Filmie”:

Nareszcie – film z prawdziwego zdarzenia […]. Film, który można przyrównać, zestawić z niejednym obrazem produkcji zagranicznej; film, który z takiego przyrównania wyjdzie w wielu wypadkach zwycięsko…

Inne zdanie miał Julian Sawicki w „Wiadomościach Filmowych”:

Znachor nie jest arcydziełem filmowym. Z pewnością. Zarówno scenariuszowi, jak i przede wszystkim reżyserii można niejeden poważny błąd wytknąć. A więc nieznośne kokietowanie galerii przez akcentowanie grajdołkowatości w niektórych scenach filmu, przez co obniża się jego wartość dramatyczną.

Zarzucić należy filmowi zupełną „bezpłciowość” postaci granej przez Barszczewską, monotonną i dziwnie bezbarwną. Wina to i reżyserii, i aktorki. Albo zakończenie filmu. Czy potrzebny jest ten tkliwy, weselny finał? Przecież wszystko jest już wyjaśnione całkowicie w scenie na cmentarzu.

„Typujemy Znachora jako film kasowy”

Emocje wzbudzały także kreacje aktorskie. I tu głosy recenzentów były podzielone. Recenzent „Prawdy o filmie” zwracał uwagę, że choć Junosza-Stępowski z reguły wypada świetnie, tak znaleźć można sceny, gdy jest sztywny i nieprzekonywujący (np. po ucieczce filmowej żony). Pozytywnie oceniał Barszczewską czy Ćwiklińską, która dodała humoru swojej bohaterce – Florentynie Szkopkowej. Słabo miał natomiast wypaść Zacharewicz. „Zdjęcia – dobre, muzyka – przeciętna. Widownia reaguje żywo. Typujemy Znachora jako film kasowy” – konkludował.

Włodzimierz Łoziński jako Wasyl, syn Prokopa w jednej ze scen filmu (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/1/0/11/12365/1)
Kazimierz Junosza-Stępowski jako „Znachor” (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, sygn. 3/1/0/11/12385/3)

Z kolei recenzent „Kina” przede wszystkim wyróżniał właśnie Junoszę-Stępowskiego, który:

odtworzył rolę tytułową z niepospolitym wczuciem się w klimat powieści i z wielką prostotą, cechującą największe tylko talenty. Proszę porównać Stępowskiego z największymi asami sztuki filmowej – choćby z Harry Baurem i Janningsem – porównanie to nie wypadnie na niekorzyść naszego artysty. I żałować należy, że nazwisko Stępowskiego nie błyszczy na ekranach największych metropolii świata. W porównaniu z grą Stępowskiego bladziej wypadły kreacje całego zespołu Znachora. Na wyróżnienie zasługują: Barszczewska, Ćwiklińska, Węgrzyn, Zacharewicz, Łoziński, Woliński i Buczyńska. Świetny epizod stworzył Woszczerowicz.

Całość filmu efektowna i interesująca.

Podobnie o grze Stępowskiego pisał Mieczysław Sztycer, zauważając, że aktor stworzył „kreację-arcydzieło”. Dostrzegł także drobną rolę Woszczerowicza: „Osobne omówienie należałoby się Woszczerowiczowi, który w początkowym epizodzie w knajpie, jako pijany filozof-opryszek, dał prawdziwą perłę sztuki charakterystyczno-dramatycznej”. Z kolei Wiesław Bończa-Tomaszewski w „X Muzie” zwracał uwagę:

Niespodziankę stanowi debiut aktora filmowego Włodzimierza Łozińskiego, który w roli Wasyla, zwłaszcza w dramatycznej scenie z ojcem, wydobył z siebie maximum pasji, rozpaczy i ognia żalu.

Przy okazji opisu gry aktorskiej Julian Sawicki w „Wiadomościach Filmowych” zwracał uwagę, że producenci zazwyczaj obawiają się realizacji filmów, w których głównej roli nie grają amanci. „Znachor” i gra Junoszy-Stępowskiego miały jednak być dowodem na to, że są to obawy całkowicie płonne – wszystko bowiem zależy od scenariusza i aktora.

Jak na polskie warunki…

Uwadze recenzentów nie uszły także zmiany względem powieści. Recenzent „Prawdy o filmie” pisał:

Niezrozumiałe zupełnie dla widza jest, dlaczego doktór Dobraniecki (asystent Wilczura-znachora) nie zeznaje od razu przed sądem, że oskarżonym jest słynny, poszukiwany od lat profesor (w powieści uwypuklono moment zazdrości na tle konkurencji zawodowej), dalej: zmieniono przyczynę zgonu kochanka żony Wilczura, dodano jej powrót do domu męża, wreszcie obrano inne tło dla akcji w miasteczku (kino – zamiast sklepiku, jak w powieści). Uproszczono również konflikt miłosny pomiędzy dziedzicem a córką Wilczura.

Kazimierz Junosza-Stępowski (po prawej), Stanisław Grolicki (w środku) i Włodzimierz Łoziński w scenie z filmu „Znachor” z 1937 r. „Światowid”, nr 1/1939 (ze zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej, sygn. 7760 IV czas.)

Podobną uwagę miał recenzent czasopisma „Kino” – i zaznaczał, że można byłoby uniknąć tych uproszczeń, gdyby do prac nad scenariuszem zaangażować samego autora powieści. Zwracał przy tym uwagę, że obraz jest „najciekawszy w tych partiach, które udało się na ekran przenieść z powieści bez poważniejszych zmian”. Z kolei Wiesław Bończa-Tomaszewski w „X Muzie” pisał, że scenariusz nie wyróżniał się tak wyostrzonym zmysłem psychologicznym, jak sama powieść, a jedyne, co dobrze zostało oddane, to:

Afisz filmu „Znachor” z 1939 r. (ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. DŻS XIXA 10a1)

szereg sylwetek „małych ludzi” oraz atmosfera małomiasteczkowego i ziemiańskiego życia, szara, bez bohaterskich porywów i szerszych horyzontów. Odłam życia dobrze znany każdemu. Jest to najbardziej zabójcze środowisko, w którym nawet szlachetny jałowieje i mądry głupieje, gdzie ludzie często stają się nikczemni pod wpływem egoizmu lub przeistaczają się w dziwadła.

Co ciekawe, zupełnie inaczej sądził Sztycer, który pochwalił Sterna za zmiany względem oryginału: „Stern skondensował w ramach drehbuchu [scenariusza – red.] bogatą i rozgałęzioną akcję powieści, umiejętnie wybierając najistotniejsze jej momenty i udatnie łącząc je w całość filmową” – pisał.

Sam Mostowicz nie był do końca zadowolony z realizacji filmu:

Otóż, jak na warunki polskie, film jest bezsprzecznie dobry, może najlepszy z dotychczasowych. Włożono weń wiele pracy, nie szczędzono pieniędzy, dobrano trafną obsadę z fenomenalnym Junoszą i z uroczą Barszczewską na czele. Niestety jednak, wyobraźnia pisarza ma nienasycone wymagania. Wydaje mi się, że każdy, nawet najlepszy amerykański film byłby pewnego typu zubożeniem powieści.

Profesor Rafał Wilczur powróci…

Publiczność pokochała historię profesora Wilczura, a twórcy filmowi postanowili pójść za ciosem. Zaledwie rok po premierze Znachora na ekrany polskich kin wszedł Profesor Wilczur (premiera 18 października 1938 roku).

Program filmu „Profesor Wilczur”, 1938 r. (il. ze zbiorów Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy – Biblioteki Głównej Województwa Mazowieckiego, sygn. Szt. DŻS 41)

Logiczna, zwarta konstrukcja, konsekwentnie utrzymana ciągłość akcji, efekty dramatyczne w dobrym smaku – wszystko to składa się na całość ze wszech miar udaną i godną widzenia.

Kazimierz Junosza-Stępowski stworzył postać filmową niezapomnianą. Tak wysoko wartościowych kreacji, jak jego Wilczur, nie mieliśmy dotychczas nigdy w filmie polskim.

– zachwycał się drugą częścią recenzent czasopisma „Kino”.

W 1939 roku zrealizowano część trzecią: Testament profesora Wilczura, która jednak miała swoją premierę dopiero w styczniu 1942 roku. W chwili tej ostatniej premiery Tadeusz Dołęga-Mostowicz już nie żył – zginął w czasie zajmowania Kut przez Armię Czerwoną we wrześniu 1939 roku. Junosza Stępowski z kolei zginął latem 1943 roku w Warszawie, gdy zasłaniał własnym ciałem swoją żonę, Jadwigę Galewską, na którą wyrok wydało Polskie Państwo Podziemnie. Witold Zacharewicz, ukochany filmowej Marysi, za pomoc Żydom zginął w obozie Auschwitz-Birkenau w lutym 1943 roku.

Twórczość Dołęgi-Mostowicza nie została zapomniana – dziś najczęściej kojarzymy jego powieść Kariera Nikodema Dyzmy i powstały na jej podstawie serial z Romanem Wilhelmim. Powrócił też profesor Rafał Wilczur – w doskonale dziś znanym filmie „Znachor” w reżyserii Jerzego Hoffmana z 1981 roku oraz w produkcji Netflixa z 2023 roku.

Bibliografia

  • Wiesław Bończa-Tomaszewski, Znachor, „X Muza”, 1937 nr 18.
  • Tadeusz Lubelski, Historia kina polskiego. Twórcy, filmy, konteksty, wyd. Videograf II, Katowice 2009.
  • Profesor Wilczur, „Kino”, 1938, nr 46 (13 XI).
  • Julian Sawicki, Znachor, „Wiadomości Filmowe”, 1937, nr 22.
  • Mieczysław Sztycer, Znachor, „Film”, 1937 nr 27.
  • Znachor, „Kino”, 1937 nr 41.
  • Znachor, „Prawda o Filmie”, 1937, nr 7.
  • Znachor, „Gazeta Lwowska”, 1937, nr 216.
  • Z., Tadeusz Dołęga-Mostowicz chciałby reżyserować film z Gretą Garbo, „Kino”, 1937, nr 40.
Agata Łysakowska-Trzoss
Agata Łysakowska-Trzoss – doktorantka na Wydziale Historii Uniwersytetu im. A. Mickiewicza, gdzie przygotowuje pracę doktorską poświęconą beneficjentom organizacji dobroczynnych w dziewiętnastowiecznym Poznaniu. Jest kierowniczką grantu „Ubodzy miasta Poznania w Kartotekach Towarzystwa Dobroczynności Dam Polskich 1845–1853” realizowanego w ramach konkursu PRELUDIUM-19 Narodowego Centrum Nauki. Bada historię życia codziennego, rozwój miast oraz historię filmu. Publikowała teksty w serwisach popularnonaukowych Histmag.org, twojahistoria.pl i ciekawoskihistoryczne.pl i historiaposzukaj.pl. Na Instagramie prowadzi profil „Dziewczyna z historią”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

16 − 10 =