Knajpa skąpana w półmroku. W tle słychać delikatny głos Tary Nome Doyle niosący marzenie o nocnym spotkaniu kochanków chcących ukraść dla siebie jeszcze jeden taniec. Kolejne frazy prześlizgują się między gośćmi lokalu. A wśród nich, gdzieś na uboczu, siedzą spiskowcy zamierzający obalić dyktatora.

Nie jest to bynajmniej wstęp do opowieści o zamachu lipcowym na Adolfa Hitlera, lecz jedna ze scen nowego filmu Christiana Schwochowa Monachium: W obliczu wojny. Koncentruje się on na kilku dniach z życia Hugh Legata oraz Paula von Hartmanna. Pierwszy to sekretarz premiera Wielkiej Brytanii Neville’a Chamberlaina, drugi pracuje w niemieckim Urzędzie Spraw Zagranicznych. Niegdyś studiowali razem na Oxfordzie, teraz spotykają się w Monachium, w sercu światowego kryzysu rozpętanego przez III Rzeszę. Niemiec chce za wszelką cenę zwrócić uwagę państw zachodnich na ekspansywne plany Hitlera i nie dopuścić do podpisania porozumienia pieczętującego los Czechosłowacji. Brytyjczyk zamierza przekonać swój rząd, że Hartmann ma rację.

Film jest adaptacją prozy Richarda Harrisa, który lubi korzystać ze sprawdzonych rozwiązań fabularnych. Jego książki opowiadają na ogół o mężczyznach postawionych w obliczu niemożliwego zadania, często samotnie lub przy niewielkiej pomocy mierzących się z machinerią państwową. Nie ma większego znaczenia, czy są to totalitarne Niemcy, czy demokratyczne USA. Zbytnia kontrola każdej władzy, często symbolizowana przez służby specjalne, prowadzi do nieszczęścia jednostek, które w nierównej walce często ponoszą najwyższą ofiarę. Zwycięstwo moralne jest na ogół gorzkie, odwleczone w czasie i trudne do konsumowania. To raczej iskra nadziei niż wielki triumf.

Tropy te różnie sprawdzają się na ekranie. Bardzo dobrze poradził sobie z nimi Roman Polański w Autorze widmo, jednak ten sam reżyser nie może się już poszczycić podobnym sukcesem w przypadku Oficera i szpiega. Koncentrując się zbytnio na śledztwie i tracąc z oczu ciekawy wątek człowieka zaszczutego przez antysemityzm, dał widzom film przeciętny i pozostawiający duży niedosyt. W przeciwieństwie do tych dwóch filmów Harris nie był scenarzystą Monachium, jednak styl jego narracji odcisnął silne piętno na obrazie Christiana Schwochowa.

Nie taki Hitler straszny

Jak już wspomniałem, w przypadku Monachium mamy dwóch bohaterów. Obaj są osamotnieni. Obaj mierzą się z oporem własnego państwa. Jedno jest zbrodnicze, znęca się nad własnymi obywatelami. Drugiemu zależy na własnych interesach, jego urzędnicy są naiwni i ślepi na moralne apele. Choć otrzymujemy dobrze znany nam schemat, nie oznacza on, że film nie jest ciekawy. Reżyser dosyć sprawnie buduje napięcie oraz uczucie niepokoju. Zadanie to udaje się także dlatego, że ze swych zadań dobrze wywiązali się aktorzy: zarówno George MacKay jak i Jannis Niewöhner wypadają wiarygodnie jako Legat i Hartmann, a ich relacja wypada przekonująco.

Grający Chamberlaina Jeremy Irons także prezentuje się interesująco. Jego kreacja nie jest polityczną karykaturą, do jakiej przyzwyczaiły nas szkolne podręczniki. Argumenty premiera wydają się logiczne, choć naiwne, a on sam jest skazany na porażkę w obliczu starcia z brutalną siłą Hitlera. Tym samym Chamberlain wypada raczej na idealistę, któremu bliżej do Woodrowa Wilsona, aniżeli człowieka gotowego poświęcić wszystko, byle zachować złudny pokój.

Reżyser nie jest jednak konsekwentny w portretowaniu Chamberlaina. Początkowo wydaje się podążać za narracją historyków zarzucających premierowi appeasement, w końcowej części filmu dokonuje jednak niespodziewanej wolty w kierunku rewizjonistów, twierdzących, że chciał on jedynie kupić Wielkiej Brytanii czas, aby ta lepiej przygotowała się do wojny. Obie te oceny można było pożenić sprawniej lub po prostu wybrać jedną z interpretacji. Niestety, motywacjom Chamberlaina nie poświęcono zbyt wiele uwagi i widzowi pozostaje przyjąć na wiarę jego wypowiedzi.

Schwochow pokusił się także o niesztampowe ukazanie Adolfa Hitlera i odszedł od stereotypowego wizerunku szalonego krzykacza. Dyktator ma zamiast tego budzić grozę swym wykalkulowanym spokojem oraz cynicznym stosunkiem do zawieranych umów. Reżyser koncentruje się na budowaniu napięcia przez sugestię, że Führer w każdej chwili może wybuchnąć niepohamowanym gniewem.

Twórca filmu stara się uzyskać ten efekt np. poprzez ukazywanie, jak reaguje na wodza nazistów jego otoczenie. Udaje się to osiągnąć połowicznie. O ile byłem w stanie uwierzyć Hartmannowi, że boi się Hitlera, to nie bardzo czułem dlaczego. Mam wrażenie, że budując postać dyktatora, Schwochow poszedł na skróty i za bardzo polega na wiedzy widza, który ma sobie dopowiedzieć, jak wielkim jest on zagrożeiem. Dobrze to widać w scenie, w której dyktator pożycza od Hartmanna zegarek – urzędnik jest przerażony kontaktem z szaleńcem u władzy. Grający Hitlera Ulrich Matthes jest w swej grze oszczędny i przekonujący, nie potrafi jednak moim zdaniem zbudować grozy adekwatnej do tego, jak zachowują się w obliczu Fürhera inne postacie występujące w filmie. Widz musi zatem niejako uwierzyć im na słowo, bo przecież słyszał o tym szaleńcu w szkole.

Intryga bez znaczenia

Najsłabiej wypada w filmie wątek główny, tj. rozgrywka szpiegowska, której celem jest przekazanie na Zachód tajnych dokumentów z informacjami o ekspansjonistycznych planach Niemiec. O ile wspomniana już relacja dwojga głównych bohaterów nie budzi zastrzeżeń, to kontekst ich aktywności już tak. Hugh Legat jest szpiegiem amatorem nieoczekiwanie wrzuconym w wir zdarzeń, jego nieporadność jest zatem zrozumiała. Trudno jednakowoż uwierzyć, że MI-6 wysłało go na ważną misję bez oficera prowadzącego czy choćby namiarów na łącznika. Fakt, że kontakt z wywiadem odbywa się przy pomocy jednego połączenia telefonicznego, w dodatku w pokoju hotelowym pełnym pracowników delegacji brytyjskiej, powoduje, że widzowi niełatwo jest zawiesić niewiarę. Sytuację pogarsza twist fabularny ujawniający, że

pokaż spoiler
Legat miał „anioła stróża”. Rozwiązanie to jest jednak tanim chwytem służącym jedynie wyjaśnieniu, dlaczego Niemcy nie przechwycili dokumentów.

Czytelnik może się zastanawiać, jaką rolę odgrywają w całej intrydze rzeczone dokumenty. Twórcy filmu chyba sami nie wiedzieli, w którą stronę ma podążać ten wątek. Gdy Chamberlain upiera się przy podpisaniu umowy z Hitlerem, znając ich treść, znaczenie tychże spada do zera. Mimo to powracają one na końcu bez większego uzasadnienia, aby być typową dla Harrisa iskierką nadziei. Niestety, w tym przypadku to rozwiązanie fabularne zawodzi. Czechosłowacja została poświęcona. Wojny nie da się uniknąć. Po co te papiery?

Nieco lepiej wypada wątek konspiracji, w którą zaangażowany jest Hartmann. Widzimy jego współpracowników i zdajemy sobie sprawę z jego podwójnego życia. Owo podziemne zaplecze pozostaje jednak niezdefiniowane. Z jednej strony widzimy kilkoro spiskowców, którzy deklarują wpływy tu i tam. Z drugiej trudno stwierdzić czy to dużo, czy mało. Widz w istocie nie zna skali tego przedsięwzięcia.

Rozczarowujący drugi plan

Warto zwrócić uwagę, że choć w filmie jest mowa o konferencji międzynarodowej i rzuca nam się w twarz nazwiskami Daladiera czy Mussoliniego, to można odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z wydarzeniem, w którym poza Chamberlainem i Hitlerem wszyscy robią za statystów. Z jakiegoś powodu dyplomaci niezbyt chętnie do siebie podchodzą, o plotkowaniu nie wspominając. Tym samym, choć konferencja pełna jest ludzi, to całkowicie brak jej życia.

Irytująco przedstawia się także wątek Franza Sauera. Jeden z dwudziestu siedmiu przybocznych Hitlera, zamiast strzec swojego wodza, dziwnym trafem zawsze jest dokładnie tam, gdzie główni bohaterowie. Ma być zagrożeniem, ale prezentuje się w tym zakresie równie nieudolnie jak ci, których ściga. W efekcie jest on raczej karykaturą niż źródłem rzeczywistego niebezpieczeństwa. Dwóch ludzi prowadzi szpiegowską grę. Jeden jest zaangażowany w ruch oporu i spisek. Tymczasem jedyne, co im zagraża, to natrętny oficer i przypadek. Zupełnie nie czuć przytłaczającej atmosfery państwa totalitarnego, w którym wszyscy obserwują się nawzajem.

Choć w twórczości Harrisa zdarzają się ciekawe postacie żeńskie, jak choćby Ruth Lang w Autorze widmo, to często traktuje on je instrumentalnie. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Z trzech kobiecych bohaterek historii twórcy mieli jakikolwiek pomysł jedynie na Helen Winter. Sandrze Hüller udało się stworzyć wiarygodną i przejmującą kreację wdowy po niemieckim oficerze, zaangażowanej w spisek antynazistowski pomimo lęku o życie własne i Hartmanna.

Zarówno żona Legata Pamela, jak i przyjaciółka obu protagonistów Lenya, są przykładem nieumiejętnego wykorzystania postaci pobocznej do nakreślenia charakteru bohatera lub uzasadnienia jego działań. Problemem nie jest sam fakt wprowadzenia tych postaci, lecz sposób, w jaki to uczyniono. Pamela Legat pojawia się w dosyć długiej i przegadanej scenie w restauracji zaraz na początku filmu. Sugeruje się, że wątek ten będzie mieć istotne znaczenie, ale niestety tak nie jest. W takiej sytuacji dużo uczciwsze wydaje mi się użycie zabiegu minimalnej ekspozycji relacji, jak to miało miejsce np. w Operacji „Argo” Bena Afflecka. Lenya z kolei nie odgrywa na ekranie żadnej większej roli. Jej obecność służy jedynie temu, aby we właściwym momencie reżyser mógł ją pokazać jako ofiarę antysemickich prześladowań i powód nawrócenia Hartmanna, początkowo sympatyzującego z nazistami.

Ton filmu dobrze podkreślają zdjęcia Franka Lamma oraz muzyka Isobel Weller-Bridge. Zachwyca zwłaszcza wykonanie Du Traümst Tary Nome Doyle, przywodzące na myśl twórczość Annette Louisan.

***

Nie chciałbym oceniać zgodności filmu z wydarzeniami historycznymi. Chętni znajdą bez trudu stosowną literaturę lub odpowiednie porównania w Internecie. Nie zamierzam też oceniać produkcji Netflixa jako adaptacji prozy Harrisa, choć jej duch jest tu wyczuwalny. Pozostaje pytanie, czy dzieło Schwochowa broni się jako samodzielny utwór. Jest to na pewno ciekawa narracja o dwóch mężczyznach postawionych w obliczu ekstremalnej sytuacji, którzy starają się pozostać wierni sobie i swoim ideałom. Myślę, że film może być ciekawy dla osób zainteresowanych historią i przyczynami wybuchu II wojny światowej, a także opowieściami szpiegowskimi.

Należy jednak podkreślić, że nie wszystko się w tym filmie udało. Zdarzają się w nim dłużyzny, co przy jego długości – ponad dwie godziny – może doskwierać. Poza tym bywa niekonsekwentny w budowaniu postaci, czasem czyni to nieumiejętnie, a próg niewiary musi być zawieszony dosyć wysoko. Tym samym Monachium pozostaję kolejną niespełnioną obietnicą, marzeniem sennym o wciągającym kinie szpiegowskim, które po przebudzeniu wydaje się mniej atrakcyjne, niż się początkowo wydawało.

Historyk dyplomacji i stosunków międzynarodowych XIX i XX wieku, specjalista w zakresie stosunków brytyjsko-amerykańskich. Prowadził badania w Wielkiej Brytanii, Holandii i Niemczech. Członek British International History Group oraz Polskiego Towarzystwa Historycznego (Oddział w Łodzi). Kierownik Programu Stosunki Międzynarodowe w Akademii Finansów i Biznesu Vistula w Warszawie. Autor bloga „Migawki z przeszłości”, na którego prowadzenie ma coraz mniej czasu, pochłonięty przychylaniem nieba swojej rodzinie.

Skomentuj. Jesteśmy ciekawi Twojej opinii!