Wybieralność polskiego króla nader często przeciwstawia się państwom o dziedzicznym tronie i rządzonym absolutystycznie, wskazując, że elekcja była jedną z przyczyn niższego prestiżu i słabości Rzeczypospolitej. Nie jest to jednak ani tak proste, ani tak oczywiste, jak się wydaje.

Warto na początku zadać sobie pytanie, jaka była rola króla w państwie i jakie było źródło jego władzy? W chwili koronacji Pepina na króla Franków i namaszczenia go olejami przez papieża Stefana II w 754 roku na zawsze zmienił się charakter władzy królewskiej, która miała odtąd wymiar sakralny. Monarcha został podniesiony do rangi pomazańca – kapłana reprezentującego Boga na ziemi. Przypisywana mu władza „z Bożej łaski” była jego charyzmatem (darem pochodzącym z Niebios) według definicji teologicznej.

Cesarz Karol Wielki. Portret autorstwa Albrecht Dürera; 1512 r. (ze zbiorów Germanisches Nationalmuseum w Norymberdze, nr inw. Gmd 167)

Pomimo tego, że Karol Wielki podniósł swoją koronę do rangi cesarskiej, zyskując pierwsze miejsce pośród monarchów zachodnich, w późniejszym okresie, kiedy doszło do osłabienia władzy centralnej, wybór cesarza na drodze elekcji stał się w państwie wschodniofrankijskim normą zwyczajową (wynikającą częściowo z tradycji germańskiej), a od XIV wieku był także pisaną normą prawną ustanowioną przez Złotą Bullę z 1356 roku.

Elekcyjny był tron Królestwa Danii, Szwecji i Norwegii w ramach Unii Kalmarskiej. Syn poprzedniego władcy miał pierwszeństwo w ubieganiu się o tron, lecz urodzenie nie gwarantowało mu korony. Po rozpadzie unii kolejni władcy Dani i Norwegii z dynastii Oldenburgów pozostali elekcyjni. Co więcej, podczas koronacji każdorazowo zobowiązywano ich do zaprzysiężenia specjalnego dokumentu – Haandfæstning – gwarantującego elektorom podstawowe prawa. W późniejszym czasie elekcyjne było namiestnictwo Niderlandów (Stadhouder) oraz elekcyjny bywał tron Anglii.

Po wykrystalizowaniu się monarchii stanowej wybieranie króla nie stanowiło wyjątku w Europie Środkowo-Wschodniej. Trudno było rządzić w Polsce, Czechach oraz na Węgrzech bez poparcia tamtejszych elit i rycerstwa zbierającego się na wiece. Należy choćby wspomnieć o zjeździe w Sulejowie w 1318 roku, który poparł starania Władysława Łokietka o królewską koronę. Kazimierz Wielki sam wskazał swojego następcę, lecz brak męskich potomków i zmiany na polskim tronie nie sprzyjały zasadzie dziedziczenia. Jagiellonowie byli na tron obierani, choć elekcji dokonywano zawsze spośród przedstawicieli dynastii i decydowało o niej jedynie grono najwyższych dostojników państwowych.

Precedencja, czyli kto jest kim

Czy elekcja obniżała autorytet polskiej monarchii? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy zwrócić uwagę na fakt, że w średniowieczu nie było ustanowionego „rankingu królów” – oczywistością dyplomatyczną była jedynie nadrzędność papiestwa i cesarstwa. Precedencja miała jednak ogromne znaczenie prestiżowe. Dobrym tego przykładem były spotkania królów Francji oraz cesarzy. Dbano wówczas bardzo skrupulatnie o godność francuskiego majestatu, która wymagała równej pozycji obydwu monarchów. Zjazdy tego typu aranżowano zwykle nad Mozą, rzeką wyznaczającą granicę obydwu państw. W późniejszym czasie francuscy prawnicy wpadli na pomysł formuły prawnej rex imperator in regno suo (król jest cesarzem we własnym państwie) oraz skłonili papieża do nadania władcy francuskiemu tytułu „króla arcychrześcijańskiego”. Prymat znaczenia monarchii francuskiej oraz cesarstwa w Europie nie ulegał wątpliwości. Ale jak wyglądało to w przypadku innych władców?

W czasie soboru w Konstancji w latach 1414–1418 dochodziło do regularnych kłótni o pierwszeństwo w ceremoniale. Anglicy nie czuli się gorsi od Francuzów, Hiszpanów czy Portugalczyków, a Polacy od Czechów i Węgrów. Nie miało tutaj większego znaczenia, czy korona była dziedziczna czy elekcyjna w obrębie dynastii, gdyż – mówiąc szczerze – nikt się nie orientował, jak wyglądały te procedury w poszczególnych państwach.

W celu ukrócenia waśni papież Juliusz II ustanowił w 1504 roku specjalny ranking ceremonialny. Opracował go Paris de Grassis, biskup Pesaro, kronikarz i papieski mistrz ceremonii, autor licznych prac o dworskiej etykiecie. W celu ustanowienia precedencji przyjął kilka kryteriów: starszeństwo chrześcijaństwa, starszeństwo posiadanego tytułu królewskiego (nadanego za zgodą papieża), tytuły honorowe, liczba królestw/księstw pod panowaniem monarchy, ranga lenników oraz akty dobroczynne na rzecz Kościoła. Po uwzględnieniu tych kryteriów ranking monarchów wyglądał następująco: nr 1. Papież; nr 2. Cesarstwo/Król Rzymian; nr 3. Francja; nr 4. Kastylia i Aragonia/Hiszpania; nr 5. Portugalia; nr 6. Anglia; nr 7. Sycylia; nr 8. Szkocja; nr 9. Węgry; nr 10. Nawarra, nr 11. Cypr; nr 12. Czechy, nr 13. Polska, nr 14. Dania.

Uczeni, biskupi, kardynałowie i antypapież Jan XXIII. Miniatura z rękopisu „Kroniki soboru w Konstancji” autorstwa Ulricha Richentala, ok. 1464 r.

Łatwo można zauważyć, że brakuje w tym zestawieniu Szwecji (ze względu na unię personalną z Danią) i władców Moskwy. Ranking ten budził kontrowersje już u współczesnych, zarzucano mu subiektywizm oraz brak właściwej kwerendy źródłowej. Niska pozycja Polski wynikała m.in. z daty ustanowienia królestwa, przyjętej na… 1295 rok, a zatem koronację Przemysła II. Czyżby więc Bolesław I Chrobry nie uzyskał zgody papieża na swoją koronację w 1025 roku? Trudno stwierdzić, czy decyzja de Grassisa wynikała z braku akceptacji stolicy apostolskiej dla wyniesienia syna Mieszka I, czy też watykański mistrz ceremonii nie mógł znaleźć potwierdzającego ją dokumentu. Z pewnością nie miała tutaj znaczenia koronacja Bolesława II z 1076 roku, gdyż pozbawiono go tytułu królewskiego w związku ze śmiercią biskupa Stanisława. Nie ulega przy tym wątpliwości, że królestwa Kastylii, Portugalii czy Sycylii zostały ustanowione później niż w 1025 roku.

Śmierć poniesiona za wiarę przez Władysława Warneńczyka nie podniosła najwyraźniej pozycji polskiego tronu w oczach Parisa de Grassisa. Na ilustracij portret Władysława III autorstwa Marcella Baciarellego, 1768–1771 (ze zbiorów Zamku Królewskiego w Warszawie, nr inw. ZKW/2714/ab)

Nie do końca jasne jest także kryterium władania kilkoma królestwami i księstwami, biorąc pod uwagę, że ówczesny król Danii trzymał trzy korony, a Polski monarcha, Aleksander Jagiellończyk, był dziedzicznym wielkim księciem litewskim oraz księciem pruskim i ruskim, gdyż w swoich granicach miał Kijów. Natomiast królestwo Czech, znajdujące się wyżej w precedencji, ustanowiono dopiero za Wratysława II w 1085 roku (a tamtejsze arcybiskupstwo aż w XIV wieku).

Wprawdzie król czeski Władysław II był równocześnie władcą Węgier (co podnosiło jego prestiż), lecz wcześniej Ludwik I, dzierżąc koronę św. Stefana, był równocześnie królem Polski, co nie wpłynęło najwyraźniej na rangę krakowskiego tronu. Nie wiadomo także, dlaczego tron w Budzie był mniej ceniony niż sycylijski, skoro Stefan I został koronowany w 1001 roku, a jego następcy tytułowali się m.in. królami Chorwacji, której władca otrzymał koronę z rąk papieża już w 925 roku. Wygląda także na to, że papież nie uwzględnił faktu, iż Władysław III poległ pod Warną, a przecież trudno było o większy akt wiary.

W późniejszym okresie papieski ranking ceremonialny próbowano zmienić. Zaborczy Filip II, król Hiszpanii, domagał się miejsca równego przynajmniej królom francuskim, jego prośba została jednak odrzucona. Nie wiemy, czy królowie polscy również wystosowali oficjalne noty protestacyjne w tej sprawie.

Boski czy ludzki król

Pojęcie władzy królewskiej zaczęło się zmieniać wraz z rozwojem europejskich teorii politycznych. Na przełomie XV i XVI wieku w zachodnich monarchiach, zwłaszcza angielskiej i francuskiej, zaczęto przypisywać prawdziwą legitymizację dynastycznemu charakterowi panowania. Teorie te w konsekwencji marginalizowały aprobatę społeczną dla władzy i elekcję. W tym ujęciu ciągłość dynastyczna w zupełności wystarczyła, by uznać kandydata, dziecko króla, za wybranego przez Boga. Sięgnięto tutaj do rozważań św. Tomasza z Akwinu o boskim pochodzeniu władzy świeckiej.

Wielcy prawnicy pokroju Jeana Bodina i Williama Barclaya głosili, że władzę monarszą należy sprawować bez ograniczeń. Co przez to rozumieli? Przede wszystkim to, że w państwie suwerenem był król i wyłącznie on. Nie mógł on podlegać żadnym zobowiązaniom wobec swoich poddanych. Bunt przeciwko królowi był rebelią przeciwko Bogu, gdyż krew królewska była święta i to w dosłownym znaczeniu. Przejawiało się to nad Sekwaną i Tamizą przypisywaniem władcom mocy uzdrawiania, początkowo tylko w zakresie leczenia chorób skórnych, tzw. skrofułów, a później także szaleństwa. Wprawdzie Jakub I Stuart kwestionował swoją zdolność do czynienia cudów, lecz obowiązki wynikającego ze swojego boskiego pochodzenia wypełniał dalej, podobnie jak Burbonowie aż do końca XVIII wieku.

Król Francji Henryk IV leczy chorych na skrofuły, grafika autorstwa Pierre’a Firensa z 1609 r.

Wskazane teorie pochodzenia władzy królewskiej sprzyjały jej umocnieniu w Hiszpanii, Francji oraz Anglii. Nieco inaczej wyglądała sytuacja w przypadku Habsburgów. Jako cesarze nie mieli oni de facto wpływu na politykę niezależnych państw niemieckich. W swoich dobrach w Austrii byli władcami dziedzicznymi, ale w Czechach oraz na Węgrzech przez dłuższy czas nie byli w stanie złamać oporu tamtejszych zgromadzeń parlamentarnych. Elekcyjność tronu zniesiono w Pradze w 1627 roku, a w Budzie dopiero w 1688 roku.

Zgoła odmiennie kształtował się pogląd na charyzmat króla w Polsce. Już w XV wieku akcentowano, że w państwie powinny obowiązywać partnerskie relacje między tronem a rycerstwem z jednoczesnym poszanowaniem majestatu monarszego. W 1507 roku ukazała się rozprawa Stanisława Zaborowskiego zatytułowana „Traktat o naturze praw i dóbr królewskich”, której autor podnosił, że chociaż monarcha posiada przyrodzoną władzę, to jest ona ograniczona przez prawo. Pogląd ten należy wiązać z emancypacją szlachty oraz włączeniem jej do procesu decyzyjnego poprzez instytucje przedstawicielskie. Królowie polscy, niemający tak rozległej domeny (źródła dochodu), jak królowie francuscy, widzieli w tych zgromadzeniach oparcie dla swoich decyzji oraz przeciwwagę dla możnowładztwa w bieżącej grze politycznej.

Katedra na Wawelu, zwyczajowe miejsce koronacji polskich królów (fot. Jar.ciurus, CC BY-SA 3.0 PL)

Z czasem, pod wpływem ruchu egzekucyjnego, doszło do wykształcenia trwałej zasady, że prawo jest nadrzędne wobec władcy, a poddani mogą wypowiedzieć posłuszeństwo tyranii. Król zaś, wypełniając swoją ustrojową rolę, miał służyć państwu, będąc „administratorem, kierownikiem, przełożonym, rządcą, zarządcą i zawiadowcą”. Bynajmniej nie oznaczało to, że pozbawiano monarchę sacrum. W obrzędzie elekcji oraz koronacji doby Jagiellonów widziano mistyczny akt. Królowie polscy byli pomazańcami i władcami w pełni suwerennymi, czyli nie podlegali nikomu. Należał się im naturalny szacunek jako dyspozytorom najwyższej władzy. Respekt dla władcy nie wynikał jednak z namacalnej świętości, lecz elementu łaski Bożej oraz tożsamości rycerstwa z Koroną Królestwa, symbolem jedności króla i narodu.

W Polsce doszło więc do ewolucji istoty władzy królewskiej w innym kierunku niż na Zachodzie. Okazją do skonfrontowania tych poglądów były wolne elekcje.

Elekcja viritim

Henrykowi Walezemu trudno było zrozumieć, dlaczego ma zaprzysięgać jakiekolwiek konkretne zobowiązania wobec swoich poddanych (na ilustracji portret autorstwa François Quesnela)

Po wymarciu dynastii Jagiellonów rozerwaniu uległ „wielki łańcuch bytów” koronowanych ojców i synów. W czasie pierwszego bezkrólewia senatorowie i szlachta uznali, że pomimo śmierci głowy państwa Rzeczpospolita trwa i – co więcej – jest władna podejmować decyzje w ramach narodu politycznego. Monarcha był jednak niezbędny do prawidłowego funkcjonowaniu państwa jako „zwornik gmachu publicznego”.

Wprawdzie we Francji w ceremoniale koronacyjnym były jeszcze dostrzegalne relikty elekcji, gdyż każdy władca (nawet Ludwik XIV) był symbolicznie aprobowany na króla przez dwunastu najwyższych parów, to zaprzysięgał on jednie tzw. prawa fundamentalne, boskie oraz naturalne – odpowiedniki polskiej przysięgi koronacyjnej. W Rzeczypospolitej zaś od 1573 roku elekt był każdorazowo zobligowany również do zaprzysiężenia artykułów henrykowskich oraz paktów konwentów, czyli szerokich zobowiązań cywilnoprawnych, potępianych i odrzucanych przez zachodnich teoretyków jako sprzecznych z suwerennością tronu.

To rodziło pytanie o źródło statusu polskiego króla. Henryk Walezy, w momencie przedstawienia mu przez polską delegację warunków koronacji, był nimi zwyczajnie skonfundowany. Nie mieściły się one bowiem w jego pojmowaniu zakresu władzy monarszej. Cóż z tego, że posługiwał się tymi samymi pojęciami łacińskimi co szlachta polska – respublica, dignitas itp. – skoro rozumiał je inaczej! Abstrahując jednak od tego problemu, nie ulega wątpliwości, że prestiż krakowskiego tronu musiał być znaczący, skoro ubiegał się o niego nie tylko potomek Kapetyngów, ale także Habsburgowie (silnie skoligaceni z Jagiellonami), chcący uczynić z Krakowa trzecią gałąź swej dynastii po Wiedniu i Madrycie. Dobrze rozumieli to ówcześni obywatele Rzeczypospolitej. Świętosław Orzelski stwierdził, że polska korona jest:

zacną, każdemu imperio pod słońcem równą, a różnością i ludnością mężnych i przestronnych narodów rozszerzoną, przeważnością dostatków i bogactw obfitą, od morza do morza panującą, chrześcijaństwa zasłonę, wszystkim niemal przedniejszym narodom, Niemieckiemu Cesarstwu, Szwedzkiemu, Czeskiemu, Duńskiemu, Węgierskiemu Królestwu, Moskiewskim, Tureckim, Tatarskim, Wołoskim państwom mężnie sąsiedztwo wytrzymującą i nikomu ni w czem obnoxiam, a czem się nad inne narody pochlubić możemy, wolnością i nieprzyrównanymi swobodami ozdobioną.

Panowanie nad ludźmi wolnymi uważano za największy zaszczyt, jaki może spotkać władcę. Problem sacrum rozwiązano, stwierdzając, że w czasie elekcji (wypełnionej obrzędami religijnymi) jej uczestnicy byli natchnieni, a więc ich decyzja nie była przypadkowa. Biskup kamieniecki Wawrzyniec Goślicki powiedział w 1587 roku, że wybór dokonał się „według woli Bożej i potrzeb Rzeczypospolitej”. Wielu w to wierzyło, podobnie jak inni wierzyli w boskość Burbonów.

Sam obrządek koronacyjny niewiele zmienił się od XV wieku poza zwiększoną rolą osób świeckich reprezentujących urzędy centralne, a zatem i elektorów. Istotną różnicą były natomiast uprawnienia sądownicze, uszczuplone wraz z przekazaniem ich szlachcie, a także zakres zbrodni obrazy majestatu. W Polsce dotyczyła ona jedynie samego króla, na Zachodzie również jego urzędników.

Choć władza królewska pochodziła w Rzeczpospolitej z wyboru, monarcha wciąż cieszył się ogromnym autorytetem i szacunkiem. Na ilustracji replika polskich insygniów koronacyjnych (fot. Gryffindor, CC BY-SA 3.0)

W oczach Europy

Godność elekcyjnego króla Rzeczypospolitej ściśle wiązała się z jego miejscem w systemie politycznym jako „pierwszego stanu sejmującego”. Nie oznaczało to, że szlachta nie była przywiązana do tradycyjnego pojmowania władzy królewskiej. Świadczy o tym fakt, że po śmierci Zygmunta Augusta Anna Jagiellonka otrzymała tytuł „infantki” i została przydana za żonę Henrykowi Walezemu oraz Stefanowi Batoremu, co miało świadczyć o ciągłości władzy królewskiej. Nie inaczej było w przypadku wyboru Zygmunta III, Jagiellona po kądzieli.

Polski tron był łakomym kąskiem dla austriackich Habsburgów. Arcyksiążę Maksymilian III wyprawił się zbrojnie polską koronę, został jednak pokonany w bitwie pod Byczyną przez Jana Zamoyskiego i dostał się do jego niewoli (portret autorstwa Hansa Henseillera z końca XVI wieku), królem Polski został zaś Zygmunt III Waza

W przypadku tego ostatniego króla istotna była też kwestia dziedzicznej korony szwedzkiej. Objęcie tronu krakowskiego i sztokholmskiego, a także posiadanie tytułów wielkich książąt Litwy oraz Finlandii, stawiało go wysoko pod względem prestiżu monarszego. Jego szwedzkiej detronizacji nie uznało wielu władców. Miał lenników w Prusach, Kurlandii i Mołdawii – rządził w zasadzie strukturą imperialną.

Wazowie byli spowinowaceni z wieloma wysokimi rodami niemieckimi, a od 1592 roku z rodziną cesarską. Władysław IV był w końcu wnukiem cesarza Ferdynanda I – trudno było w ówczesnym świecie o lepsze koligacje rodzinne. Szkoda tylko, że syn Zygmunta III popełniał poważne błędy, spoufalając się na co dzień z osobami niższego stanu oraz żeniąc się z Ludwiką Marią Gonzagą, niebędącą księżniczką krwi.

Osobiste decyzje to jedno, a realne możliwości ograniczane przez system ustrojowy państwa polsko-litewskiego – to drugie. Najstarszy syn Zygmunta III nie był dziedzicem tronu. Jako syn władcy elekcyjnego nie miał określonej pozycji, jego dziedziczny tytuł szwedzki był tylko formalny. O swoje uposażenie musiał prosić sejm. Tylko wyjątkowo (na tle innych królewiczów) pozwolono mu zarządzać ziemiami przyłączonymi do Rzeczpospolitej po 1618 roku kosztem Moskwy.

Władcy elekcyjni nie posiadali dóbr dziedzicznych (Sobiescy dysponowali swoim majątkiem jako magnaci i obywatele Rzeczypospolitej); Wazowie po utracie Szwecji mogli liczyć jedynie na dobrą wolę stanów. Stawiało ich to w niezręcznej sytuacji w Europie, gdyż musieli zabiegać o dodatkowe godności i pieniądze odpowiednie do ich urodzenia na dworach swoich wujów i stryjów w Wiedniu oraz Madrycie. Czemu nie przyznano im dziedzicznego księstwa, np. w Kurlandii? Być może była na to szansa.

Dopóki Rzeczpospolita odnosiła sukcesy, dopóty liczono się z nią i jej monarchą. Po potopie szwedzkim ich ranga wyraźnie ucierpiała. Jako pobita przez Szwecję Polska borykała się z jej pretensjami o wyższe miejsce w precedencji. Głowę podnosiła także Brandenburgia. W Danii Fryderyk III wprowadził w 1660 roku dziedziczenie tronu. Pomimo tego blask polskiej korony wciąż był duży, a przynajmniej miał duży potencjał. Nie szło to jednak w parze z reformami, choć Janowi Kazimierzowi niewiele zabrakło do naznaczenia swego następcy vivente rege (za życia króla) za zgodą sejmu. Elektorzy Brandenburgii jeszcze za Jana III gotowi byli iść na liczne ustępstwa (niewykorzystane), uginając się pod ciężarem jego władzy.

W drugiej połowie XVII wieku nowe rankingi precedencji opracowywali uczeni niemieccy. Jeden z nich, Gottfreid Stieve (1664–1725), uważał, że niskie miejsce Polski w papieskim ceremoniale jest ahistoryczne, gdyż powinno być znacznie wyższe. Przytoczył na poparcie tego twierdzenia kilka ciekawych argumentów: pierwszym było uznanie początków Królestwa Polskiego w 1025 lub nawet 1000 roku; drugim wielkie zasługi na polu walki z muzułmanami; trzecim obowiązujące prawo wyboru na polski tron tylko władcy katolickiego; czwartym przyznanie Janowi Kazimierzowi w 1661 roku przez papieża tytułu Regis Orthodoxi, a później Janowi III w 1684 roku Defensor Fidei.

Choć papież nadał królowi Janowi III tytuł Defensor Fidei, prestiż polskiej monarchii ucierpiał wcześniej znacząco przez klęski militarne połowy XVII w. Na ilustracji obraz Jana Matejki przedstawiający Jana III wysyłającego do Rzymu informację o zwycięstwie pod Wiedniem (ze zbiorów Muzeów Watykańskich)

Nie wszyscy podzielali ten pogląd, zwłaszcza w wieku XVIII, kiedy Rzeczpospolita popadła w zależność od Rosji, a król został pozbawiony wszystkich istotnych prerogatyw na rzecz Rady Nieustającej. Polski monarcha miał już wówczas niewiele wspólnego pod względem zakresu władzy z Zygmuntem III, który korzystał jeszcze z imponderabiliów – zwyczajowych uprawnień tronu.

W praktyce życia politycznego o realnej pozycji króla w Europie decydowała nie osoba nosząca ten tytuł czy dziedziczność lub elekcyjność tronu, lecz stojące za nią officium, czyli potęga państwa, czego najlepszym przykładem była Wielka Brytania.

Bibliografia

  • Urszula Augustyniak, Wazowie i „królowie rodacy”. Studium władzy królewskiej w Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Semper, Warszawa 1999.
  • Aleksandra Barwicka-Makula, Od wrogości do przyjaźni. Habsburgowie austriaccy wobec Polski w latach 1587–1592, Wydawnictwo UŚ, Katowice 2019.
  • Teresa Chynczewska-Hennel, „Majestat naszych królów uznajemy taki, jaki Imperium Rzymskie czciło swych cesarzy”, [w:] Wokół wolnych elekcji w państwie polsko-litewskim XVI–XVIII wieku. O znaczeniu idei wyboru – między prawami a obowiązkami, red. Mariusza Markiewicz, Dariusza Rolnika, Filipa Wolańskiego, Wydawnictwo UŚ, Katowice 2016.
  • Aleksander Gieysztor, „Non habemus caesarem nisi regem”. Korona zamknięta królów polskich w końcu XV wieku i w wieku XVI, [w:] Muzeum i twórca. Studia z historii sztuki i kultury ku czci prof. dr. Stanisława Lorenza, red. Kazimierz Michałowski, PIW, Warszawa 1969, s. 277–292.
  • Ernst H. Kantorowicz, Dwa ciała króla. Studium ze średniowiecznej teologii politycznej, tłum. Maciej Michalski, Adam Krawiec, red. nauk. Jerzy Strzelczyk, PWN, Warszawa 2007.
  • Joanna Kodzik, Ceremoniał a precedencja. Miejsce Rzeczypospolitej wśród mocarstw europejskich według Europåishes Hoff-Ceremoniale, [w:] Ab Occidente referunt… „Zachód” doby nowożytnej w badaniach historyków polskich, red. Mariusz Markiewicz, Katarzyna Kuras, Rafał Niedziela, Wydawnictwo UJ, Kraków 2018, s. 73–86.
  • Antonii Mączak, Rządzący i rządzeni. Władza i społeczeństwo w Europie wczesnonowożytnej, PIW, Warszawa 1986.
  • Mowa Jana Zamoyskiego do Henryka Walezego, tłum. Janina Niemirska-Pliszczyńska, Kazimierz Pluciński, „Rocznik Humanistyczny”, t. 14 (1966), z. 3, s. 5–21.
  • Zenonas Norkus, Nie tytuł czyni imperium… Wielkie Księstwo Litewskie w perspektywie porównawczej socjologii historycznej imperiów, tłum. Katarzyna Korzeniewska, Księgarnia Akademicka, Kraków 2019.
  • Francis Oakey, The Politics of Enchantment, Blackwell Publishing, Oxford 2006.
  • Maciej A. Pieńkowski, Trudna droga do władzy w Rzeczypospolitej. Sejm koronacyjny Zygmunta III 1587/1588 i sejm pacyfikacyjny 1589 roku, Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2021.
  • Michał Rożek, Polskie koronacje i korony, Krajowa Agencja Wydawnicza, Kraków 1987.
  • Witold Sawicki, Rytuał sakry – koronacji królewskiej jako źródło prawa i ustroju państw średniowiecznej Europy, „Archiwa, Biblioteki i Muzea Kościelne”, t. 24 (1972), s. 279–293.
  • Ryszard Skowron, Budowanie prestiżu królewskiego rodu. Związki rodzinne Wazów z dynastami europejskimi, „Studia Europea Gnesnensia”, nr 20 (2019), s. 55–81.
  • Magdalena Ujma, Ceremoniał za panowania dwóch pierwszych królów elekcyjnych doby pojagiellońskiej w świetle relacji rodzimych i cudzoziemskich, „Wschodni Rocznik Humanistyczny”, t. 17 (2020), s. 45–70.
Maciej A. Pieńkowski, doktor nauk humanistycznych w zakresie historii. Autor monografii „Trudna droga do władzy w Rzeczypospolitej. Sejm koronacyjny Zygmunta III 1587/1588 i sejm pacyfikacyjny 1589 roku” (Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2021) oraz artykułów i recenzji naukowych publikowanych w monografiach zbiorowych, czasopismach (m.in.: „Almanach Warszawy”, „Czasopismo Prawno-Historyczne”, „Klio”, „Niepodległość i Pamięć”, „Przegląd Historyczno-Wojskowy”, „Polski Przegląd Dyplomatyczny”) i seriach wydawniczych („Studia nad staropolską sztuką wojenną” i „Studia historyczno-wojskowe”). Popularyzator historii w czasopismach „Mówią Wieki” i „Polska Zbrojna. Historia”. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się wokół dziejów Rzeczypospolitej XVI–XVII w., a także wojny polsko-sowieckiej. Naukowo związany z seminarium prowadzonym przez prof. dr hab. Mirosława Nagielskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Stały współpracownik Fundacji Zakłady Kórnickie oraz edukator w Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie. Historyk Sekcji Badań nad Wojskiem do 1945 r. w Wojskowym Biurze Historycznym im. gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego w Warszawie.

Skomentuj. Jesteśmy ciekawi Twojej opinii!