Śmierć króla, choć była naturalnym końcem ludzkiego życia, ściśle wiązała się z kwestią monarszego majestatu i wykorzystywana była do manifestacji zwierzchnictwa nad państwem i poddanymi. Ideologia władzy wpływała zarówno na ostatnie chwile panującego, jak i jego pogrzeb oraz przekazanie władzy.

W przypadku monarchii dziedzicznych śmierć króla wiązała się bezpośrednio z kwestią przekazania władzy. Władca zbliżający się do pożegnania ze światem doczesnym musiał dać błogosławieństwo swemu następcy. Nie miało to wyłącznie znaczenia symbolicznego, lecz wiązało się z przekonaniem, że panujący nosi w sobie dwa ciała: naturalne, chorowite i podatne na grzechy oraz „polityczne”, uosabiające wspólnotę królestwa – koronę, duchowieństwo, rycerstwo i lud. Władza monarsza w teoretycznym ujęciu miała charakter dualistyczny: świecki i duchowny. Koncepcja ta została rozwinięta w Anglii doby Tudorów, gdzie mówiono, że „król jest królestwem wcielonym”.

To mistyczne wyobrażenie było niejako urzeczywistniane w czasie monarszego pogrzebu, kiedy wszyscy mogli na własne oczy zobaczyć „ciało wspólnotowe”. Czym ono było? Początkowo rzeźbą lub portretem, później specjalnie przygotowaną na to wydarzenie figurą odzianą w królewskie szaty i trzymającą regalia. W dramatycznej oprawie, przepełnionej kazaniami, lamentem i płaczem, poddani mogli się przekonać, że choć królewskie ciało umarło, to majestat pozostał nieśmiertelny. Materializował się on w postaci potomka zmarłego monarchy – krwi z jego krwi – przechodząc z ojca na syna lub córkę.

Z całą pewnością ta interesująca tradycja zostałaby podtrzymana, gdyby nie klęska Karola I Stuarta w wojnie z purytanami Cromwella, którzy rozwinęli kalwińską koncepcję nadrzędności wspólnoty królestwa wobec monarchy. Dzięki niej potrafiono nawet uzasadnić ścięcie Karola. „Było to dobrze zbudowane ciało, które mogło długo żyć” – miał powiedzieć przyszły Lord Protektor. I było to tylko ciało, wspólnota bowiem trwała.

Cromwell nad trumną Karola I; obraz Paula Delaroche’a z 1831 r. (ze zbiorów Hamburger Kunsthalle)

We Francji nie doszło do rozwinięcia idei monarchicznej w tym kierunku, gdyż sekularyzacja władzy miała tam mniejsze znaczenie. Ludwik XIV uczynił ze swojej śmierci pompatyczny, barokowy spektakl godny króla Słońce, siląc się na heroiczne gesty przezwyciężania cierpienia odczuwanego przez jego fizyczne ciało. Otoczenie odbierało to jako dowód na związek króla z Bogiem, dostrzegając w tym również oznaki świętości.

Monarcha konał publicznie, na oczach całego licznego dworu. Przed opuszczeniem świata doczesnego uczynił rzecz najważniejszą, wypełniając zobowiązanie wynikające z praw boskich i naturalnych – przekazał władzę swojemu następcy, gwarantując ciągłość bożego namiestnictwa na francuskiej ziemi. W tej perspektywie Ludwikowskie powiedzenie „państwo to ja” jawi się nam nie tyle jako przejaw królewskiej zaborczości i wyniosłości, ile jako uzasadnienie trwania całej monarchii w jego śmiertelnym ciele, co miało podbudowę zarówno teologiczną, jak i prawną. Jakże odmienne to stanowisko od poglądów burzycieli monarchii Stuartów!

Ludwik XIV (siedzi) i jego spadkobiercy: syn Ludwik zwany Wielkim Delfinem (stoi na lewo od króla); wnuk Ludwik, książę Burgundii zwany Małym Delfinem (po prawej); prawnuk Ludwik, książę Andegawenii i przyszły król Ludwik XV; Madame de Ventadour, guwernantka księcia Andegawenii. Obraz nieznanego autorstwa z drugiej dekady XVIII w. (ze zbiorów The Wallace Collection, nr inw. P122)

Przemijanie polskich władców

Jak widać, teorie dotyczące istoty władzy królewskiej w obliczu śmierci były różne, niemniej miały one istotne znaczenie nie tylko w odniesieniu do prerogatyw tronu, ale również w stosunku do królewskiego ciała. Skłania to do postawienia pytania, jak kształtowały się przekonania na ten temat w Królestwie Polskim, gdzie już w czasach Jagiellonów tron był elekcyjny, a od 1573 roku władca był w pełni obierany przez ogół stanu szlacheckiego.

Nagrobek Kazimierza Wielkiego na rys. Michała Stachowicza, 1817 r. (il. ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. R.4402)

Podobnie jak w Anglii oraz Francji, również nad Wisłą rozwinięto teoretyczną koncepcję władzy królewskiej, ale poszła ona w nieco innym kierunku. W polskiej tradycji nie funkcjonowało dosłownie rozumiane pojęcie „podwójnego ciała królewskiego”, chociaż ciągłość władzy królewskiej miała ogromne znaczenie. Znalazło to odzwierciedlenie we wprowadzonym jeszcze w XIV wieku terminie Korona Królestwa, oznaczającym władzę i godność monarchy w oderwaniu od jego osoby. Cezurą była w tym przypadku śmierć ostatniego Piasta Kazimierza Wielkiego. Nie posiadał on męskiego potomka, a wyznaczając na swojego następcę Ludwika Andegaweńskiego – syna swojej siostry Elżbiety i króla Węgier Karola Roberta – nie przekazał mu symbolicznie władzy królewskiej na łożu śmierci.

Pierwszy pogrzeb ostatniego Piasta był nader skromy, co tłumaczono częściowo sytuacją polityczną. Niemniej, kiedy Ludwik zjawił się w Krakowie i został ukoronowany, rozkazał przygotować dla wuja drugi pogrzeb, odpowiadający jego królewskiej godności. W ten sposób Ludwik podkreślił, że jest naturalnym i w pełni suwerennym sukcesorem swojego poprzednika. Mimo to jego koronacja miała już charakter w znacznej mierze publicznoprawny. Od tego momentu na koronę polską zaczęto patrzeć jak na insygnium reprezentujące państwo. Jagiellonowie w związku z tym również brali udział w ceremoniach pogrzebowych swoich poprzedników, jakkolwiek byli obierani na królów w obrębie własnej dynastii. Ciało królewskie noszące Koronę było więc żywym uosobieniem godności Królestwa.

Po śmierci Zygmunta Augusta problem ten nabrał dodatkowego znaczenia. Konieczność dokonania wyboru nowego władcy stworzyła bowiem problem sukcesji oraz rodziła pytanie, czy król elekcyjny będzie umierał jako pomazaniec Boży, czy jako zwykły śmiertelnik? Uznano więc, że najlepszym rozwiązaniem dla zachowania ciągłości będzie każdorazowe poprzedzenie koronacji pogrzebem zmarłego władcy. Chodziło tutaj jednak nie o ciągłość władzy danej osoby, lecz regaliów, które dzierżył.

Innymi słowy, władza królewska w elekcyjnej Rzeczypospolitej miała charakter przemijający, czasowy, sprawowany dożywotnio na okres zasiadania na tronie przez wybranego elekta. Z oczywistych więc względów ciało króla nie było Rzeczpospolitą, gdyż ta była oddzielnym bytem, znajdującym się przez pewien okres pod zarządem monarchy. Takie rozumienie przemijania władców było na tle europejskim dość wyjątkowe, choć jawi się ono bardziej jako kompromis między zwolennikami monarchizmu (także absolutyzmu) a republikanami. Umierając, królowie polscy nie przekazywali więc Bożego namiestnictwa swemu potomstwu, choć jeden z nich poczynił w tym kierunku pewne działania.

Śmierć Zygmunta Augusta w Knyszynie na obrazie Jana Matejki, 1886 r. (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. MP 4495 MNW)

Sytuacja taka była możliwa w przypadku dynastii Wazów, której przedstawiciele wywodzili swoje prawa do tronu polsko-litewskiego od Jagiellonów i jawili się szlachcie jako „Panowie przyrodzeni”, predestynowani w powszechnym mniemaniu do pełnienia tej godności z racji pochodzenia. Z tego powodu Zygmunt III mógł życzyć sobie na łożu śmierci w 1632 roku, aby Rzeczpospolita miała jego dzieci w opiece, a królem został Władysław, co jest zresztą mało znanym faktem (zwykle mówi się tylko o przekazaniu praw do dziedzicznej korony szwedzkiej).

W obliczu tragizmu śmierci sprzeciw dygnitarzy obecnych w Zamku Warszawskim byłby niestosowny. Król rozegrał w ten sposób po mistrzowsku swoją ostatnią partię polityczną w życiu. Władysława nieprzypadkowo nie było wówczas w Warszawie, co miało wskazywać, że Zygmunt III podjął świadomą decyzję, będąc wolnym od ewentualnej presji ze strony syna. Co więcej, w dniu, w którym ogłoszono wolę władcy odnośnie jego potomstwa, dworzanie rozgłaszali, że król chodzi po pokoju i podpisuje dokumenty, a zatem zachowuje trzeźwość umysłu. W rzeczywistości król konał na łożu, lecz podejmował decyzje racjonalne. Gest monarchy nie wzbudził pretensji, choć mógł się jawić jako czyn rodzący skutek prawny w postaci wskazania sukcesora.

Zygmunt III Waza na katafalku, obraz Christiana Melicha, 1933 r. (ze zbiorów Zamku Królewskiego na Wawelu)

Warto dodać, że nic takiego nie miało miejsca w chwili śmierci Władysława IV w 1648 roku ani w 1696 roku, gdy umierał Jan III Sobieski. Teoretycznie, w tym przypadku większe szanse na tron miał nie królewicz Jakub, lecz młodszy Aleksander, ponieważ urodził się już po koronacji ojca. Na podobne gesty, jak przed 60 laty, nie było już jednak miejsca, gdyż wola Sobieskiego nie była specjalnie szanowana za życia, a tym bardziej po jego śmierci.

Pogrzeb ostatniego Piasta

Odpowiednia oprawa pogrzebu polskiego króla stanowiła jego niezmiernie istotny element, mający zapewnić godne pożegnanie monarchy przez poddanych. Trzeba także jasno powiedzieć, że pod względem artystycznym nie ustępowała ona pochówkom władców zachodnioeuropejskich, a wręcz przeciwnie, wzbudzała zainteresowanie formą i treścią, stanowiąc wzorzec kulturowy np. dla władców Brandenburgii-Prus.

Wnętrze grobu Kazimierza Wielkiego w chwili otwarcia 14 czerwca 1869 r. na obrazie Jana Matejki (ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. MNK IX-9)

Pierwszy znany nam opis ceremoniału królewskiego pogrzebu dotyczy pochówku Kazimierza Wielkiego. Relacja na jego temat znajduje się kronice Janka z Czarnkowa, a konkretnie w podrozdziale: „O żałobnem nabożeństwie po królu Kazimierzu”. Autor przedstawił w niej etapy ceremonii oraz jej uczestników w Krakowie. Na początku korowodu, który odwiedził kilka krakowskich kościołów, jechały cztery wozy, do których zaprzęgnięto po cztery konie okryte czarnym suknem. Dalej szło czterdziestu rycerz w pełnych zbrojach płytowych. Kolejni rycerze nieśli chorągwie poszczególnych ziem będących pod panowaniem Kazimierza oraz samego Królestwa Polskiego z orłem w czerwonym polu. Następni rycerze mieli:

tarczę ze znakiem, czyli herbem każdego księstwa. Za nimi jechał rycerz, odziany w złocistą szatę królewską, na pięknym stępaku królewskim, purpurą pokrytym, osobę zmarłego króla wyobrażający. Za nim szło parami procesjonalnie sześciu ludzi i niosło zapalone duże świece, z których dwie były zrobione z jednego kamienia wosku. Potem szły zgromadzenia zakonne i wszystkie osoby duchowne, ile ich było w mieście i na przedmieściach, śpiewając pieśni żałobne, a poprzedzając mary, pełne złotogłowia, sukna różnego i innych drogich materyj, które miały być między klasztory i kościoły rozdzielone. Na końcu postępował król Ludwik.

Za królem zaś podążali arcybiskup gnieźnieński oraz pozostali biskupi, książęta, dostojnicy oraz pozostali panowie zgodnie z ich precedencją. Dopiero za nimi podążali dworzanie, w liczbie 400 oraz mary. Warto dodać, że w orszaku znajdowała również osoba rozrzucająca wśród ludu monety symbolizujące współczucie króla dla ludzi niskiego stanu, zgodnie z łacińską sentencją res sakra miser – „ubogi rzeczą świętą”.

Później celebrowano mszę świętą, choć – co warte podkreślenia – towarzyszyła jej wyraźna już symbolika władzy świeckiej. Przejawiało się to w obecności królewskich urzędników dzierżących oznaki swej władzy, którzy składali dary związane z ich rolą i powinnościami. Ich władza, dodajmy, płynęła wprost z monarszego majestatu i stanowiła przedłużenie królewskiego ramienia. Z tego powodu:

naprzód komornik Świętosław i podskarbi podali na ołtarz misy srebrne z ręcznikami i obrusami; potem stolnik Przedbórz z podstolim złożyli cztery wielkie półmiski srebrne; potem cześnik i podczaszy — dzbany i kubki srebrne; potem podkomorzy, czyli marszałek, przyprowadził najlepszego z koni królewskich, podkoniuszy — zbrojnego rycerza, w królewskie szaty odzianego, na dzielnym a bardzo przez króla lubionym stępaku królewskim; a wszystkich tych poprzedzali chorążowie, niosący chorągwie, i ów rycerz, osobę zmarłego króla wyobrażający. Po złożeniu tych ofiar, gdy zaczęto, podług zwyczaju w takich wypadkach, kruszyć chorągwie, powstał […] krzyk żałosny.

Porządek ten częściowo wynikał z polskiej tradycji, a częściowo z ceremoniału pogrzebowego królów węgierskich. W bardzo zbliżony sposób chowano następców Kazimierza Wielkiego, w tym pierwszych Jagiellonów.

Insygnia grobowe Kazimierza Wielkiego (fot. Walery Rzewuski, il. ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. F-167)

Trzy dni żałoby

Sytuacja uległa zmianie dopiero przy okazji śmierci Zygmunta Starego. Wówczas wszystkie obrzędy wydłużono z jednego aż do trzech dni. W pochodzie było już wówczas widać także władze Akademii Krakowskiej oraz bezpośrednio kroczących za nimi ubogich w liczbie aż 2000 osób. Chorągwie, w tym Korony i Litwy, szły dalej razem z książętami, posłami obcymi oraz senatorami, a na końcu stąpał król Zygmunt August, jego matka oraz magistrat miasta wraz z tłumem. Wyznaczone osoby niosły wówczas monarsze regalia: miecznik miecz, wojewoda poznański jabłko, wojewoda krakowski berło, a najwyższy świecki senator, kasztelan krakowski, koronę królewską.

Nagrobki Zygmunta I Starego i Zygmunta Augusta w kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu, rys. Jana Kantego Wojnarowskiego, 1851 r. (il. ze zbiorów Biblioteki Narodowej, sygn. BJ Graf. I.R. 667)

Ciało króla złożono wraz z regaliami na katafalku przed grobem św. Stanisława w Katedrze Wawelskiej. Nie zabrakło także rycerza w zbroi, który miał wjechać do świątyni na koniu. Później nastąpiło łamanie symboli władzy, w tym lasek przez marszałków i pieczęci przez kanclerza i podkanclerzego. Obecność osób świeckich – urzędników centralnych – pokazywała, jakie zmiany ustrojowe zaszły w królestwie na przestrzeni dziesięcioleci. Rozwinęła się administracja, wykrystalizował się senat, powstał sejm, a król był składnikiem tego mechanizmu, jego spoiwem, co było dostrzegalne nawet dla mniej zorientowanych w widowisku.

Pogrzeb Zygmunta II Augusta oraz Stefana Batorego również trwał trzy dni. Ten drugi odbył się dopiero pół roku po koronacji Zygmunta III, w maju 1588 roku. Nie odbiegały one pod względem ceremoniału od pogrzebu Zygmunta Starego, jednakże o rzadkich kulisach sprowadzenia do Krakowa ciała monarszego dowiadujemy się z listu króla do Krzysztofa Radziwiłła:

jakośmy pierwej oznajmując o złożoności pogrzebowi króla nieboszczyka pisali, i abyś uprzejmość Twa z powinności Chrześcijańskiej do tego pogrzebu tak zasłużonego króla w Rzeczypospolitej przybyć nie zaniechał, żądaliśmy. Tak i teraz żądamy, żebyś uprzejmość Twa ku temu czasu, gdy z miejsca ciało nieboszczykowskie ruszać będą mieli tam do Grodna przybył, a stamtąd społem z drugimi Pany Senatorami, którzy się tam dla prowadzenia zjadą […]. Oczemśmy i do drugich Panów Senatorów pisać nie przeniechali.

Zygmunt III wysłał w tym celu do Grodna podskarbiego nadwornego koronnego, mając także na uwadze konieczność zabezpieczenia klejnotów po zmarłym władcy. Widać po tym przykładzie, jak dużym przedsięwzięciem organizacyjnym był królewski pogrzeb, który angażował najważniejsze osoby w państwie.

Od Wazów do Sasów

Kolejny królewski pogrzeb odbył się dopiero 44 lata później, w 1633 roku – tym razem władca był chowany wraz z małżonką Konstancją Habsburżanką. Tak się też złożyło, że w ciągu następnych kilkunastu lat Kraków był świadkiem aż kilku pogrzebów członków rodziny panującej. W 1634 roku Aleksandra Karola i biskupa krakowskiego Jana Alberta, w 1644 roku żony Władysława IV Cecylii Renaty oraz w 1647 roku ich małoletniego syna Zygmunta Kazimierza.

Oprawa pogrzebu Zygmunta III była bardzo podniosła, co odpowiadało wymogom epoki, lecz pogrzeb trwał jeden dzień. Z różnych względów porzucono wówczas trzydniowy ceremoniał i tak już pozostało do końca istnienia Rzeczypospolitej. Obrzędy i uroczystości miały pod względem wizualnym charakter barokowy. Na zebranych w Katedrze Wawelskiej duże wrażenie zrobiło zwłaszcza castrum doloris, tzw. zamek boleści. Ogromny katafalk, nad którym górował wielki orzeł trzymający pod skrzydłami kilkaset lamp, został zaprojektowany przez włoskiego architekta Giovanniego Gisleniego. W czasie pogrzebu Władysława IV lampy zastąpiono podobiznami władców z domu Jagiellońskiego, co wskazuje na chęć podkreślenia ciągłości dynastycznej.

Pamiątki po Janie Kazimierzu we Francji, w tym regalia, grafika autorstwa Jana Rudnickiego, 1. ćwierć XX w. (il. ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, nr inw. MNK III-ryc.-40230)

Do nietypowego pogrzebu królewskiego doszło w 1676 roku, gdyż chowano wówczas jednocześnie Jana Kazimierza oraz Michała Korybuta. Ostatnie dwa pogrzeby królewskie w Krakowie odprawiono w 1734 roku, chowając Jana III, Augusta II oraz królową Marysieńkę. Augusta III spoczął w rodzinnym Dreźnie, a szczątki Stanisława Augusta Poniatowskiego trafiły po długiej tułaczce do Bazyliki św. Jana Chrzciciela w Warszawie dopiero w 1995 roku.

Bibliografia

  • Urszula Augustyniak, Wazowie i „królowie rodacy”. Studium władzy królewskiej w Rzeczypospolitej, Wydawnictwo Semper, 1999.
  • Juliusz Chrościcki, Pompa Funebris. Z dziejów kultury staropolskiej, PWN, Warszawa 1974.
  • Jan Dąbrowski, Korona Królestwa Polskiego w XIV wieku. Studium z dziejów polskiej monarchii stanowej, Universitas, Kraków 2010.
  • Katarzyna Karus, Teatr śmierci w służbie majestatu. Trzy exempla z dziejów Rzeczypospolitej w XVII i XVIII wieku, „Klio”, t. 31, 2014, s. 43-72.
  • Ernst H. Kantorowicz, Dwa ciała króla. Studium ze średniowiecznej teologii politycznej, tłum. M. Michalski, A. Krawiec, red. nauk. J. Strzelczyk, PWN, Warszawa 2007.
Maciej A. Pieńkowski, doktor nauk humanistycznych w zakresie historii. Autor monografii „Trudna droga do władzy w Rzeczypospolitej. Sejm koronacyjny Zygmunta III 1587/1588 i sejm pacyfikacyjny 1589 roku” (Wydawnictwo Sejmowe, Warszawa 2021) oraz artykułów i recenzji naukowych publikowanych w monografiach zbiorowych, czasopismach (m.in.: „Almanach Warszawy”, „Czasopismo Prawno-Historyczne”, „Klio”, „Niepodległość i Pamięć”, „Przegląd Historyczno-Wojskowy”, „Polski Przegląd Dyplomatyczny”) i seriach wydawniczych („Studia nad staropolską sztuką wojenną” i „Studia historyczno-wojskowe”). Popularyzator historii w czasopismach „Mówią Wieki” i „Polska Zbrojna. Historia”. Jego zainteresowania badawcze koncentrują się wokół dziejów Rzeczypospolitej XVI–XVII w., a także wojny polsko-sowieckiej. Naukowo związany z seminarium prowadzonym przez prof. dr hab. Mirosława Nagielskiego na Uniwersytecie Warszawskim. Stały współpracownik Fundacji Zakłady Kórnickie oraz edukator w Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie. Historyk Sekcji Badań nad Wojskiem do 1945 r. w Wojskowym Biurze Historycznym im. gen. broni Kazimierza Sosnkowskiego w Warszawie.

Skomentuj. Jesteśmy ciekawi Twojej opinii!