Konstanty Podhorski poświęcił wiele czasu i pieniędzy, by zmienić swoje życie. Porzucił rolę ukraińskiego posiadacza ziemskiego, by zostać amerykańskim przedsiębiorcą i poszukiwaczem złota. Początkowy brak sukcesów na Alasce wcale go nie zraził – przeciwnie, dążył do rozszerzenia swojej działalności, również na ziemie znajdujące się po przeciwnej stronie Cieśniny Beringa – Półwysep Czukocki.
Po powrocie z niezbyt udanej wyprawy na Wyspy Diomedesa jesienią 1900 roku Podhorski zastał w Nome zorganizowaną przez wspomnianego w poprzednim artykule Władimira Wonlarlarskiego międzynarodową ekspedycję naukową (w jej skład wchodziło dziesięciu obywateli Rosji i dziewięciu przedstawicieli zachodnich spółek akcyjnych), której celem było przeprowadzenie badań geologicznych Półwyspu Czukockiego, między innymi pod kątem występowania tam złota.
Próba pogodzenia stron
Ekskursja ta wyruszyła w kwietniu 1900 roku z Petersburga. Przez Londyn i Nowy Jork dotarła do San Francisco, gdzie wynajęła amerykański statek „Samoa” z załogą i czternastu chińskich robotników (łącznie płynęło nim siedemdziesiąt pięć osób). Od czerwca do sierpnia tego roku członkowie wyprawy pływali między Alaską a Czukotką (m.in. Przylądkiem Czaplina, Zatoką Nowosilcowa, Zatoką Świętego Wawrzyńca i Zatoką Meczigmeńską), zatrzymując się również na znajdujących się pomiędzy tymi obszarami wyspach. W lipcu do ekspedycji dołączył jeszcze statek „Jakut” z rosyjskimi marynarzami, robotnikami i Kozakami.

Między rosyjską stroną wyprawy (kierowaną przez polskiego inżyniera na carskiej służbie, Karola Bohdanowicza, który żył w latach 1864-1947) a „zagraniczną” (pod przywództwem Anglika F. Bakera) dochodziło ciągle do konfliktów, które w sierpniu spowodowały powrót „Samoa” do Nome. Do tego momentu ekspedycji udało się przeprowadzić badania geologiczne jedynie na niewielkiej części czukockiego wybrzeża. Złoto co prawda znaleziono, ale w skromnych ilościach. Dla zachodnioeuropejskich biznesmenów bardziej opłacalne było w tym momencie zerwanie kontraktu niż kontynuowanie drogich rejsów, które na razie nie przyniosły spodziewanych rezultatów. Dalszej pracy odmówili też Chińczycy. Bohdanowicz starał się dalej prowadzić badania, jednak ostatecznie wyprawa uległa przedwczesnemu rozwiązaniu. Jeszcze na przełomie sierpnia i września w Zatoce Emma (stanowiącej fragment Zatoki Opatrzności) grupa rosyjska wybudowała drewniany magazyn, gdzie złożyła swój sprzęt.
Będąc w Nome Podhorski – według własnej relacji – starał się pogodzić zwaśnione strony, ponieważ posiadał akcje londyńskiej spółki (East-Siberian Syndicate), która brała udział w tym przedsięwzięciu. Jego inicjatywa nie przyniosła jednak pozytywnych rezultatów. Po przerwaniu badań obie frakcje powróciły do Europy – większość grupy rosyjskiej przez Syberię, grupa angielska zaś przez Amerykę. Z kolei Bohdanowicz z Pietropawłowska na Kamczatce popłynął jeszcze do Japonii, a stamtąd do San Francisco, gdzie załatwiał formalności związane z zakończeniem ekspedycji. Następnie przez Waszyngton udał się do Petersburga.
Odpoczynek na południu
Jeszcze jesienią 1900 roku Podhorski odkupił 18 działek do przyszłych poszukiwań (łącznie ponoć 540 akrów, czyli ok. 2,18 km2, za 12,5 tys. dolarów) w okolicy rzeki Kougarok, ponad 100 km na północ od Nome, gdzie niedawno wybuchła nowa gorączka złota. Uczynił to razem z poznanymi na Alasce Arturem i Normanem Branderami, braćmi pochodzenia szkocko-tahitańskiego. Dopełnienie wszelkich formalności związanych z przyszłym wydobyciem żółtego metalu szlachetnego Polak powierzył swojemu adwokatowi w Nome.
Następnie, ponieważ właśnie skończył się sezon prac poszukiwawczych, 24 października 1900 roku Podhorski opuścił Nome, kierując się do Seattle. Tam czekał nań jego przyjaciel Duparc, z którym udał się na kilkudniową wyprawę myśliwską na Wyspę Wiktorii (udało im się upolować kilka kozłów i cietrzewi, a także lisa i niedźwiedzia czarnego). Wreszcie, znów ze Seattle, pojechali koleją do Sacramento, a stamtąd popłynęli promem do pobliskiego San Francisco. Duparc zamieszkał tam u swojego kuzyna, Podhorski zaś nocował najpierw w Palace Hotel, by potem wynająć mieszkanie w okolicy Union Square.

Polski arystokrata relatywnie sporo miejsca poświęcił w swoich wspomnieniach właśnie San Francisco. Był zachwycony tym wiecznie zielonym i słonecznym miastem, pełnym życia, o szerokich i jasnych ulicach. Podhorski zaobserwował upodobanie mieszkańców do sportu – m.in. boksu, footballu, baseballu, tenisa i wyścigów konnych. W metropolii widział wielu robotników i studentów. Zwrócił też uwagę na sporą liczbę Chińczyków i Japończyków, sam opłacał tam zresztą japońskiego służącego.
Podhorski utrzymywał kontakt z miejscową elitą, m.in. poznanym jeszcze w Nowym Jorku księciem Andrzejem (André) Poniatowskim (1864–1954), praprawnukiem starszego brata króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, Kazimierza. Książę urodził się i wychował w Paryżu – zdaniem Podhorskiego w ogóle nie mówił po polsku, uważał się jednak za Polaka i chętnie pomagał rodakom na emigracji. Od 1892 roku Poniatowski wielokrotnie bywał w Stanach Zjednoczonych, zwłaszcza w Kalifornii, gdzie w 1895 roku osiadł na osiem lat. Współtworzył i zarządzał kilkoma firmami, które zajmowały się m.in. wydobyciem złota, przez jakiś czas pełnił też funkcję prezesa San Francisco Jockey Club. W oczach arystokraty z Mikołajówki był człowiekiem uprzejmym, wykształconym i majętnym. Podhorski jeździł z nim często na wyścigi konne do pobliskiego Oakland.
Mieszkając w San Francisco, Konstanty miał prawie codziennie odbywać konne lub rowerowe wycieczki poza miasto. Oprócz tego uczestniczył w dwóch dalszych wyprawach. Najpierw namówiony został do wyjazdu na Tahiti, gdzie udał się z Normanem Branderem, który wraz z bratem również przebywał w tym okresie w Kalifornii, i księżniczką Teri’i-nui-o-Tahiti (1879–1961), córką ostatniego króla wyspy – Pōmare V. Podhorski dotarł tam na statku „Australia”, płynąc przez Honolulu i Markizy.

Polak spędził na wyspie 11 dni i uznał ją za jeden z najpiękniejszych zakątków naszej planety – przeszkadzały mu tam tylko ogromne upały. Warto zauważyć, że według Podhorskiego największy skład towarowy w mieście Papeete był prowadzony przez Ślązaka – Maksymiliana Kurkę. Ponoć dość dobrze mówił po polsku, mimo że na Tahiti mieszkał już od 14 lat. Ślązak popłynął później z Podhorskim na „Australii” do San Francisco, ponieważ miał tam do załatwienia swoje sprawy. Polski poszukiwacz złota zabrał ze sobą w drogę powrotną kwiaty, kokosy, banany i wanilię.
W drugą, dłuższą podróż po Kalifornii Podhorski wyruszył z Duparkiem w marcu 1901 roku. Obaj przemieszczali się wówczas konno i statkiem. Odwiedzili m.in. San Jose, Obserwatorium Licka na Mount Hamilton oraz Santa Cruz. Na mniej więcej tydzień zatrzymali się w słynnym Hotel del Monte w Monterey, wówczas jednym z bardziej luksusowych obiektów wypoczynkowych w Ameryce Północnej, gdzie zastali Andrzeja Poniatowskiego z żoną i trzema synami. Stamtąd Duparc musiał wracać do San Francisco, wezwany w jakiejś sprawie przez kuzyna, podczas gdy Podhorski ruszył dalej i zwiedził kolejno: Santa Barbarę, Los Angeles, San Diego i Wyspę Catalina. Następnie przekroczył granicę z Meksykiem, gdzie w towarzystwie pewnego Anglika, a także przewodnika i dwóch tragarzy, polował m.in. na pumy (łącznie udało im się zabić trzy). Wreszcie Polak sam powrócił do San Francisco.

Krwawe złoto
1 czerwca 1901 roku na statku „St. Paul” Podhorski w towarzystwie Duparca i obu Branderów wypłynął z San Francisco na Alaskę. Podczas postoju w Seattle Polak przeszedł operację usunięcia przepukliny, a następnie, w trakcie dalszego rejsu, wykonano mu drugi zabieg – ponieważ w zaszytym miejscu wdała się infekcja, trzeba było otworzyć i oczyścić ranę.
Podróżnicy dotarli do Nome 27 czerwca. Polak jeszcze przez kilka dni odpoczywał w domu znajomego, po czym razem z Branderami zabrał się za organizację wyprawy do kupionych w poprzednim roku działek na Północy. Tak to opisał w swoich wspomnieniach pt. Po obu stronach Cieśniny Beringa:
Nająłem więc z Branderami dwudziestu robotników po pięć dolarów dziennie każdy i wikt, to jest po cenie ogólnie płaconej i wraz z nimi, sześciu końmi, nabytymi poprzednio w San Francisco, żywnością na trzy miesiące i wszelkimi przyborami i instrumentami wsiedliśmy na statek i udaliśmy się do Teller, miasta założonego zeszłej jesieni po odkryciu Kougerocku. Teller, miasto powstałe równie szybko jak Nome, złożone z namiotów i budynków zbitych z desek, położone jest w zatoce Port Clarence o jakie siedemdziesiąt mil na północ od Nome. W Teller najęliśmy trzy duże łodzie, naładowaliśmy je naszymi rzeczami dobrze je pokrywszy brezentami i rozścielonymi namiotami [jeszcze w Teller Podhorski z Branderami wyprawił pięciu ludzi z końmi, którzy na kolejnym etapie podróżowali do celu wyłącznie drogą lądową – przyp. M.B.].
Po wierzchu tego wszystkiego porozsadzaliśmy robotników, sami zaś siedliśmy do gazolinowej [motorowej – przyp. M.B.] łódki o sile trzech koni i po przyczepieniu trzech wspomnianych łodzi, wyruszyliśmy w zatokę Clarence, by się dostać do ujścia rzeki Tukenk [zapewne Tuksuk Channel – przyp. M.B.], po której mieliśmy się dostać w głąb kraju.

Następnie członkowie wyprawy płynęli estuarium Imuruk i rzeką Kuzitrin, którą dotarli do inuickiej osady Qawiaraq, nazwanej przez przybywających tu poszukiwaczy Mary’s Igloo. Tam, ze względu na płytkość rzeki, musieli zostawić łódź motorową i wziąć się za wiosłowanie w pozostałych trzech. Pomimo faktu, że miały one płaskie dna, często osiadały na mieliźnie, przez co podróżnicy musieli je pchać i ciągnąć za pomocą lin wzdłuż brzegu. Z powodu chodzenia w wodzie i ciągłych opadów deszczu poszukiwacze niemal przez cały czas byli mokrzy. Musieli też jeść zimne jedzenie z konserw i wilgotny chleb, przez co wielu z nich się pochorowało.
Dwie doby po opuszczeniu Mary’s Igloo Podhorski, Branderowie i jeden robotnik oddzielili się od grupy, która dalej męczyła się z łodziami i większością sprzętu, i podróżowali odtąd do złotodajnych działek tylko na piechotę (wyprawa podzielona była więc już na trzy zespoły). Często musieli maszerować przez potoki, mając wodę po pas, a także przez bagna, w których grzęźli powyżej kolan. Oprócz wilgoci dręczyły ich komary. Gdzieniegdzie sprawdzali zawartość złota w napotkanych piaskach i żwirze. Mniej więcej po kilkunastu godzinach męczącej pieszej podróży grupa, do której należał Podhorski, dotarła do celu. Jakiś czas później dołączyły do niej pozostałe zespoły.
Dwie najważniejsze działki, na których planowano poszukiwania w tym sezonie, znajdowały się nad potokami: Quartz Creek (tam miała pracować połowa ludzi z Branderami na czele) i Dahl Creek (gdzie robotami kierować miał Podhorski). Miejsca te były oddalone od siebie o kilka kilometrów. Gdy przy Quartz Creek poszukiwacze zaczęli kopać rów i usypywać groblę, żeby móc rozpocząć wydobycie złota, okazało się, że działkę nad Dahl Creek okupuje kilku nieoczekiwanych gości. Podhorski relacjonował:

Podszedłem do nich i zapytałem co to znaczy, i jakim prawem tu się znajdują. Dość lekceważąco odpowiedziano mi, że to nikogo oprócz nich nie obchodzi i że jeżeli tu są, to widocznie mają do tego prawo. Temu oczywiście stanowczo zaprzeczyłem, dodając, że jeśli natychmiast miejsca nie oczyszczą to poślę moich ludzi i siłą ich stąd wyciągnę. Zaczęli kląć i krzyczeć, wzywając bym spróbował. Zwróciłem się do Coda [W. Code – jeden z robotników pracujących dla Podhorskiego i Branderów, przyp. M.B.] i poprosiłem, by zaraz wrócił do nr 7 [działki nad Quartz Creek – przyp. M. B.] i z ludźmi tu przybył, sam zaś stanąłem o jakie dwadzieścia kroków od intruzów w zamiarze pozostania do chwili, aż nasi robotnicy nadejdą.
Usłyszałem wtedy pogróżkę, że jeżeli z działki nie wyjdę to będą do mnie strzelać; oczywiście nie wierzyłem, by to zrobili i zapalając fajkę odpowiedziałem, że jestem u siebie i że miejsca nie opuszczę. W chwili, gdy chciałem usiąść na wale już wykopanej części rowu, by ich przekonać o stałości mego zamiaru, padły dwa rewolwerowe strzały, z których jeden trafił mnie w lewą łydkę, jak następnie się przekonałem o jakie pół cala od kości. Jak się to stało prawdziwie nie pamiętam, ale w mgnieniu oka miałem swój rewolwer w ręku i strzeliłem do jednego z tych, który poprzednio strzelił; zaklął i krzyknął „damm him, he got me” i potoczył się na ziemię.
Dalszy rozlew krwi przerwali postronni poszukiwacze, którzy nadbiegli z sąsiedniej działki. Doszło do zawieszenia broni. Jeden z pracowników Podhorskiego wyciągnął mu kulę z nogi przy pomocy patyka, co sprawiło Polakowi ogromny ból, a jego niedawni przeciwnicy przynieśli mu maść do gojenia ran. Człowiek postrzelony przez Konstantego, jak się potem okazało, nazywał się John Drake i też przeżył to starcie, choć miał się później poruszać o dwóch kulach. Podhorski, ponoć o własnych nogach, ale kulejąc, powrócił ze swoją grupą nad Quartz Creek.
Wroga współpraca
Następnego dnia Podhorski i Branderowie udali się na rozmowę ze swoimi nieoczekiwanymi konkurentami. Jeden z nich, Charles Schneider (we wspomnieniach Polaka, zapewne błędnie, nazwisko to zapisane zostało jako: Schnider), twierdził, że pierwotny właściciel działki nad Dahl Creek, niejaki MacAdams, jemu pierwszemu sprzedał tę część parceli, którą kupili również współpracownicy Polaka i uważali za swoją. Między zwaśnionymi stronami doszło do tymczasowego porozumienia – sprawę zdecydowano skierować do sądu w Nome, a do czasu jej rozstrzygnięcia oba zespoły miały pracować na zmianę (również nad Quartz Creek), a także dzielić koszty, wypracowany zysk odkładać zaś do banku.
Tak więc nad Quartz Creek złota poszukiwała grupa Branderów (dwóch braci i ośmiu robotników) na zmianę z połową ludzi Schneidera (cztery osoby), a nad Dahl Creek grupa Podhorskiego (on i również ośmiu robotników) przemiennie ze Schneiderem i drugą połową jego pracowników. Zespoły Polaka i jego przyjaciół miały pracować od godziny 6.00 do 18.00, ich konkurenci zaś od 18.00 do 6.00. Starszy górnik Daniels nadzorujący prace wydobywcze, który przybył razem z Podhorskim i Branderami, opłacany był wspólnie, przez oba zespoły (jego pensja wynosiła 10 dolarów dziennie). Polski arystokrata opisał ciężkie warunki panujące wówczas na tamtym obszarze:
Kopanie rowów, sypanie grobli, urządzenie rezerwoaru na wodę, szluza etc. etc. wszystko to, co Anglik słusznie nazywa „dead work” czyli robota martwa, nieprodukcyjna, zajęło nam około miesiąca czasu. Przez cały ten miesiąc mieliśmy ulewy prawie bez przerwy, które nie tylko roboty utrudniały, ale często psuły czyniąc prawdziwie życie niemiłym. Z gumowych butów po pas i gumowego płaszcza nie wychodziło się wcale, w namiotach zaś było wszystko przesiąknięte wilgocią i stęchłe, a mąka nasza była zbita w jedną twardą masę, z której nie sypaliśmy tyle a tyle na nasz chleb powszedni, a wycinaliśmy kawały, które następnie w chleb się zamieniały. Nie przesadzam, że przez pięć pełnych tygodni w suchym łóżku nie leżałem. Materac, prześcieradła, kołdry – wszystko było przesiąknięte wilgocią, to też po położeniu się w podobny kompres, para po rozgrzaniu ciała, buchała ze mnie, jak z kotła.
W swoich wspomnieniach Podhorski odnotował też, że w tym okresie w ich okolicy zaczęło się pojawiać coraz więcej poszukiwaczy, a konflikty między nimi o działki były na porządku dziennym. Nieopodal powstała nawet osada złożona z kilkunastu namiotów, dwóch barów i dwóch hoteli, a nazywać się miała Dahl City.

Po początkowych sukcesach przy przemywaniu żwiru, piasku i mułu w skonstruowanych w tym celu drewnianych korytach, grupy Podhorskiego, Branderów i ich konkurentów zaczęły pozyskiwać coraz mniej złota. W końcu Podhorski postanowił z ukrycia przyjrzeć się pracy przeciwnych ekip – okazało się, że Schneider wraz z jednym ze swoich ludzi i wspomnianym Danielsem podkradali żółty kruszec znajdujący się w przyrządach służących do jego zatrzymywania z wody z potoku. Złymi wynikami pracy chcieli zniechęcić Podhorskiego do całego przedsięwzięcia, a następnie nabyć od niego po zaniżonej cenie jego część działki nad Dahl Creek (albo ją przywłaszczyć, gdyby po prostu zrezygnował). Po odkryciu tego planu Polak próbował się jeszcze dogadać ze Schneiderem. Gdy mu się nie powiodło, odesłał swoich robotników i konno powrócił do Nome.
Arystokrata powierzył własnemu adwokatowi uzyskanie zakazu prac poszukiwawczych na spornej ziemi aż do wydania prawomocnego wyroku. Niestety, w sądzie nagromadziły się setki podobnych pozwów (przez jakiś czas nikt w Nome nie pełnił funkcji sędziego), a pierwszeństwo w rozstrzyganiu i tak miały sprawy kryminalne, a także te, które rozpatruje sąd przysięgłych. Dlatego też termin rozprawy wyznaczono dopiero na jesień tamtego roku. Tymczasem Branderowie wydali już wszystkie swoje pieniądze na opisane prace przygotowawcze w okolicy rzeki Kougarok. Polak musiał więc opłacić wszystkich robotników i koszty przyszłego procesu z własnej kieszeni. Podhorski – według własnej relacji – miał także podarować ranionemu przez niego nad Dahl Creek przeciwnikowi, Johnowi Drake’owi, bilet na statek odpływający z Nome.
Śladami Bohdanowicza
Choć wyglądało na to, że szansa na wzbogacenie się na złocie Alaski z każdym dniem malała, przed Podhorskim otwierała się inna okazja. Po jego powrocie z Północy do Nome na arystokratę czekał list od Aleksego Kowańki, znajomego z Petersburga, z prośbą o udzielenie pomocy geologowi Dymitrowi W. Iwanowowi w przepłynięciu na rosyjską stronę Cieśniny Beringa, do Zatoki Meczigmeńskiej. Specjalista miał tam na polecenie Władimira Wonlarlarskiego poszukiwać pokładów węgla (liczono również na odkrycie złota). Kilka dni po przeczytaniu przez Podhorskiego tej wiadomości do Nome dotarł Iwanow, a także pewien Polak:
Mniej więcej w tym samym czasie poznałem przybyłego do Nome Polaka, pana Józefa Lipińskiego, który od lat dziesięciu błąkał się po całej Ameryce, próbując wszystkiego, by stworzyć sobie pewną, niezależną egzystencję. Z obywatela, którym był w kraju, został dziennikarzem w Buffalo, wydając dziennik polski, z którego sam serdecznie się śmiał; następnie był agitatorem politycznym w Chicago, dla rozmaitych kandydatów potrzebujących głosów, dalej górnikiem w Klöndajku [nad rzeką Klondike – przyp. M.B.], nareszcie zawitał do Alaski w poszukiwaniu tej fortuny, której znaleźć nie mógł gdzie indziej. Urodzony w Poznańskiem, lecz wychowany w Siedleckiem, gdzie większą część życia spędził i miał mająteczek, mówił po polsku z mazurska z domieszką słów angielskich, ale płynnie i poprawnie. Małego wzrostu, przyjemnej powierzchowności, nie bez pewnego dowcipu i wykształcenia, sprytny do interesów i łatwy w obejściu, robił wrażenie sympatyczne i zyskiwał przy bliższym poznaniu.
Lipiński – zwany przez Amerykanów „Lippy” – pomógł Iwanowowi i Podhorskiemu w znalezieniu statku z załogą – dwumasztowca „General Segleen” – i przyłączył się do ich wyprawy. Kupił też towary, które chciał wymienić u Czukczów na psy i skóry zwierząt, a następnie odsprzedać je z zyskiem w Nome. Do ekspedycji dołączyli jeszcze w charakterze myśliwych dwaj poszukiwacze: bracia Brown z Bostonu oraz zamerykanizowany Niemiec o nazwisku Sünderhauf, niegdyś oficer saskiej kawalerii.

Półwysep Czukocki jest najdalej wysuniętym na wschód obszarem Syberii. Jego powierzchnia wynosi ok. 49 tys. km², z czego większość stanowi tundra, charakteryzująca się niską roślinnością i wieczną zmarzliną. Z uwagi na surowy klimat prace wydobywcze możliwe tam były tylko od połowy czerwca do połowy września. Rdzenni mieszkańcy tamtych ziem – wspomniani już Czukcze – przejawiali większy opór wobec rosyjskiej kolonizacji niż inne syberyjskie grupy etniczne. Krwawe próby ich zbrojnego podporządkowania, dokonywane przez carskie ekspedycje w pierwszej połowie XVIII wieku, nie przyniosły spodziewanych rezultatów. W drugiej połowie tamtego stulecia Rosjanom udało się rozwinąć z Czukczami kontakty handlowe, a na początku XIX wieku na półwyspie pojawili się pierwsi prawosławni misjonarze. Mieszkańcy Czukotki zwolnieni jednak byli z danin wobec rosyjskich władz i cieszyli się sporą niezależnością aż do czasów radzieckich. Pierwsi Amerykanie, nielegalnie poszukujący żółtego kruszcu, pojawili się na tamtym obszarze niedługo po wybuchu gorączki złota w Nome, w 1899 roku.
Wyprawa, w której udział brali Podhorski i Lipiński, wyruszyła z Nome pod koniec sierpnia 1901 roku. Statek najpierw zawinął do Zatoki Opatrzności, na której brzegu (a konkretniej na brzegu Zatoki Emma, która stanowiła jej część) znajdował się wspomniany na początku tego artykułu mały magazyn ze sprzętem (łopatami, motykami, sznurami, piłami, gwoźdźmi, naczyniami kuchennymi, świecami, zapałkami itp.), zbity z desek w poprzednim roku przez ekspedycję Bohdanowicza, nad którym pieczę sprawowali okoliczni Czukcze.
Następnie podróżnicy popłynęli do Zatoki Meczigmeńskiej, gdzie Podhorski z Iwanowem wykonali badania geologiczne, Brownowie i Sünderhauf ruszyli na łowy, a Lipiński handlował z Czukczami, którzy w liczbie kilkudziesięciu przybyli na statek z workami wykonanymi ze skór fok, a także m.in. z zębami morsów oraz skórami lisów polarnych i reniferów. Po niezbyt udanych poszukiwaniach (węgla ani złota nie znaleziono) i łowach (ustrzelono tylko kilka ptaków i fok) wyprawa wyruszyła jeszcze w stronę Zatoki Świętego Wawrzyńca, ale z powodu silnego wiatru nie mogła do niej wpłynąć. Po kilku tygodniach rejsu „General Segleen” powrócił do Nome.
Bibliografia
Źródła
- Konstanty Podhorski, Po obu stronach Cieśniny Beringa, „Dziennik Kijowski”, różne numery z 1908 roku.
Opracowania
- Mateusz Będkowski, Polscy poszukiwacze złota, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2019.
- Zbigniew Wójcik, Karol Bohdanowicz. Szkic portretu badacza Azji, Polskie Towarzystwo Ludoznawcze, Oficyna Wydawnicza „Biblioteka Zesłańca”, Państwowy Instytut Geologiczny, Warszawa–Wrocław 1997.














![Lekarz w piekle. Hans Killian, „Chirurg na wojnie” [recenzja]](https://hrabiatytus.pl/wp-content/uploads/2026/03/chirurg-na-wojnie-mini-218x150.jpg)




